Na górze, przed gabinetami, liczne kolejki. Przyjmują interniści, kardiolodzy, gastrolodzy, urolodzy i tak dalej. Pod drzwiami z tabliczką „Dr Adam Kowalik, internista”, dokładnie wypytałem, kto ostatni. Niby są numerki, ale kłótnie w rodzaju: „ja byłem pierwszy, pana tu nie było, ten się spóźnił” – zawsze są możliwe. Wyjaśnienia udzieliła mi pani w wieku siedemdziesiąt pięć – osiemdziesiąt, jak oceniłem na oko – w bordowym kapeluszu, przekrzywionym na ucho, w czarnym swetrze oraz z torebką z wężowej skórki na kolanach. Miała numerek drugi, natomiast trzeciego numerka nie było. Po udzieleniu tej informacji powróciła do rozmowy z sąsiadką, czyli numerkiem pierwszym – osobą wyjątkowo otyłą, bo zajmującą dwa dalsze krzesełka pod plakatem „Objawy nadciśnienia tętniczego”. Była zapewne właścicielką metalowej szwedki opartej o ścianę.
Rozejrzałem się. Korytarz w naszej przychodni jest długi, ludzi sporo. Jak zwykle – osoby w podeszłym wieku. O kilka kroków dalej, pod gabinetem urologa, czekali jegomoście cierpiący na schorzenia dróg moczowych: chudy emeryt w szaliku (prawdopodobnie zapomniał wsunąć do rękawa, gdy oddawał płaszcz w szatni) z wielkim nosem i nastroszonymi brwiami, siwy – w okularach, a obok jego przeciwieństwo: grubas z twarzą przypominającą gruszkę – typowy brak szyi, sine policzki. Podobnie, jak moja sąsiadka, trzymał na kolanach wielką teczkę z czarnej skóry, zapinaną na klamry i pasek. Rozmawiał z chudym. Dalej, wzdłuż ścian, czekało kilka staruszek – również w moim wieku a nawet starszych: drobne, pokurczone postacie na skrzypiących krzesełkach, pod plakatami informującymi o miażdżycy, cukrzycy oraz o symptomach prostaty. Widziałem moherowe berety, kapelusiki, siwe głowy. Było tam także kilku mężczyzn, równie starych – częstych bywalców naszej przychodni, znanych mi, być może, z poprzednich wizyt. Jarzeniowe lampy – białe rurki – oświetlały jasno korytarz oraz twarze wszystkich pacjentów. Usiadłem ostrożnie na krzesełku, które zaskrzypiało głośno, wsparłem dłonie na lasce i w ten sposób, jako numerek czwarty, przystąpiłem do normalnego w tej sytuacji oczekiwania. Co kilka minut wahadłowe drzwi obok otwierały się, pchnięte od strony schodów i zjawiali się nowi pacjenci. Na ogół szli dalej rozglądając się – szukali odpowiednich gabinetów. Kuśtyk, kuśtyk – przechodzili obok mnie – wolno, z laskami, utykając lub pociągając stopami. Później słychać było te same, znane rozmowy: „Który ma pan numerek? Kto wszedł ostatni? Ja mam siódmy, a pani?” I tak dalej, i tak dalej.
Czasami, wgłębi, drzwi tego lub innego pokoju, otwierały się – ktoś wychodził, ktoś inny wchodził na jego miejsce – jednak te krótkie chwile pewnego ożywienia były, jak zawsze, wyjątkowe. Na ogół po prostu siedzieliśmy i czekaliśmy.
Całość tekstu w papierowym wydaniu "Wyspy". |