Dlaczego Stalin zainteresował się pańskim losem?
Nie mam na to dowodów, ale najprawdopodobniej wszystko zaczęło się od złożenia podania w mojej sprawie do Bieruta – przez mojego ojca. Bierut posłusznie zameldował o tym w ambasadzie sowieckiej, ambasada przesłała wiadomość do Moskwy, a tam NKWD, które było piekielnie podejrzliwe, zaczęło się zastanawiać, kim jest ten Krzyżanowski, o którego upomina się prezydent Bierut. Na wszelki wypadek wyciągnęli mnie z obozu dla Polaków i ulokowali w obozie dla Niemców – w Krasnogorsku pod Moskwą, a Warszawie odpowiedzieli: „Krzyżanowskiego nie ma w Riazaniu. Zniknął”. W stalinowskim systemie obowiązywała „gosprowierka”, sprawdzanie państwowe. I ja zostałem poddany takiemu sprawdzaniu. W warunkach niezwykłych, umieszczono mnie bowiem razem z pięcioma prominentnymi Niemcami, m.in. kucharzem, pastorem, fryzjerem, którzy nie wiedzieli, kim jestem. Z jednej strony miałem młot, z drugiej kowadło.
Podejrzewali pewnie, ze jest pan wtyczką.
Sytuacja zrobiła się bardzo nieprzyjemna, gdy jednego z nich, pastora, powiadomiono że wraca do Niemiec i zaraz wywieziono. Oni byli pewni, że go zadenuncjowałem. Dopiero po paru tygodniach napisał z Drezna, że dojechał szczęśliwie.
Poczuł pan ulgę?
Jeszcze jaką!
W Krasnogorsku przesłuchiwała pana i próbowała zmiękczyć ideologicznie sławna Helena Usijewicz, córka Feliksa Kona i najbliższa przyjaciółka Wandy Wasilewskiej.
Polska Żydówka w sowieckim mundurze, komunistyczna egeria, którą partia postawiła na stanowisku zastępcy komendanta obozu. Ale dla mnie najważniejsze było spotkanie z węgierskim generałem, najstarszym stopniem więźniem w Krasnogorsku. W latach dwudziestych jako młodego oficera przydzielono go do węgierskiego ataszatu w Warszawie, gdzie spędził parę lat. Z sentymentem wspominał miasto, a gdy opowiadał o herbatkach u marszałkowej Piłsudskiej – płakał. (…)
Po latach mylono znów pana z ojcem, Julianem. Zwłaszcza po tym, jak wyjechał pan z Polski w 1959 roku.
Kiedyś w Polskim Instytucie Naukowym w Nowym Jorku podeszła do mnie jakaś pani pytając o Krzyżanowskiego. Powiedziałem, że to ja. „Ale ja słyszałam, że on umarł” - obruszyła się. „Jak pani widzi, informacje o mojej śmierci są nieścisłe i na pewno przedwczesne” - odpowiedziałem. Ojciec mój zmarł w 1976 roku. A Krzyżanowskich było więcej. Ten sam Polski Instytut Naukowy wydawał kwartalnik „The Polish Review”, którego twórcą był prof. Ludwik Krzyżanowski, a ja przez pewien czas zasiadałem w zarządzie placówki. Mylono nas permanentnie, choć - zwracam uwagę - Ludwik odznaczał się jeszcze bardziej wydatnym nosem. Pewnego razu wystąpiliśmy w duecie. Jedno z instytutowych zebrań zgromadziło więcej niż zwykle gości, usiedliśmy więc w holu na dole i raptem widzimy, jak z góry po schodach majestatycznie schodzi olbrzymia Murzynka, ale taka, jak tylko Murzynki potrafią być olbrzymie. 250 funtów! Zeszła na dół i pyta się, czy jesteśmy Polakami. Potwierdziliśmy. „A czy panowie znają polski hymn narodowy? Bo słyszałam, że jest piękny”. I wtedy duet Krzyżanowskich stanął na baczność i zwrotka po zwrotce odśpiewał „Jeszcze Polska nie zginęła”. Z tymi nosami!
Podobał się hymn?
Bardzo. (…)
Pobyt na Universty of Michigan był dla pańskiej naukowej kariery bardzo ważny.
Prowadziłem tam studia z literatury porównawczej i otworzyłem swój przewód doktorski. Była tam świetna amerykanistyka, a ja już w kraju interesowałem się literaturą amerykańską, trochę na ten temat pisałem i kierowniczka wydziału amerykańskiego czy anglo-amerykańskiego na Uniwersytecie Warszawskim, pani Margaret Sztrauch powiedziała mi: „Jak pan zrobi ten doktorat, to czekamy na pana”. Praca doktorska szła mi całkiem nieźle, nadszedł jednak dzień, w którym trzeba było przedłużyć ważność paszportu. Konsul w Chicago stwierdził, że leży to poza jego kompetencją i decyzję podjąć musi minister oświaty. A ministrem była Eugenia Krasowska, od której dostałem pisemko treści: „Obywatel winien wrócić do kraju”. Obywatel znajdował się w trakcie dobrze rozwijającej się kariery naukowej i nagle, dla kaprysu pani Krasowskiej, miał to wszystko rzucić. Wściekłem się i zadecydowałem: „Zostaję”. Na co moja żona powiedziała: „To zostajemy wszyscy” i tak zostałem w Ameryce na stałe.
(Rozmawiał Krzysztof Masłoń)
|