Po przejściu tornada Sobota, 24 Stycznia, 2009
Jerzy R. Krzyżanowski
  Była tam świetna amerykanistyka, a ja już w kraju interesowałem się literaturą amerykańską, trochę na ten temat pisałem i kierowniczka wydziału amerykańskiego czy anglo-amerykańskiego na Uniwersytecie Warszawskim, pani Margaret Sztrauch powiedziała mi: „Jak pan zrobi ten doktorat, to czekamy na pana”. Praca doktorska szła mi całkiem nieźle, nadszedł jednak dzień, w którym trzeba było przedłużyć ważność paszportu. Konsul w Chicago stwierdził, że leży to poza jego kompetencją i decyzję podjąć musi minister oświaty. A ministrem była Eugenia Krasowska, od której dostałem pisemko treści: „Obywatel winien wrócić do kraju”.

Dlaczego Stalin zainteresował się pańskim losem?

Nie mam na to dowodów, ale najprawdopodobniej wszystko zaczęło się od złożenia podania w mojej sprawie do Bieruta – przez mojego ojca. Bierut posłusznie zameldował o tym w ambasadzie sowieckiej, ambasada przesłała wiadomość do Moskwy, a tam NKWD, które było piekielnie podejrzliwe, zaczęło się zastanawiać, kim jest ten Krzyżanowski, o którego upomina się prezydent Bierut. Na wszelki wypadek wyciągnęli mnie z obozu dla Polaków i ulokowali w obozie dla Niemców – w Krasnogorsku pod Moskwą, a Warszawie odpowiedzieli: „Krzyżanowskiego nie ma w Riazaniu. Zniknął”. W stalinowskim systemie obowiązywała „gosprowierka”, sprawdzanie państwowe. I ja zostałem poddany takiemu sprawdzaniu. W warunkach niezwykłych, umieszczono mnie bowiem razem z pięcioma prominentnymi Niemcami, m.in. kucharzem, pastorem, fryzjerem, którzy nie wiedzieli, kim jestem. Z jednej strony miałem młot, z drugiej kowadło.

Podejrzewali pewnie, ze jest pan wtyczką.

Sytuacja zrobiła się bardzo nieprzyjemna, gdy jednego z nich, pastora, powiadomiono że wraca do Niemiec i zaraz wywieziono. Oni byli pewni, że go zadenuncjowałem. Dopiero po paru tygodniach napisał z Drezna, że dojechał szczęśliwie.

Poczuł pan ulgę?

Jeszcze jaką!

W Krasnogorsku przesłuchiwała pana i próbowała zmiękczyć ideologicznie sławna Helena Usijewicz, córka Feliksa Kona i najbliższa przyjaciółka Wandy Wasilewskiej.

Polska Żydówka w sowieckim mundurze, komunistyczna egeria, którą partia postawiła na stanowisku zastępcy komendanta obozu. Ale dla mnie najważniejsze było spotkanie z węgierskim generałem, najstarszym stopniem więźniem w Krasnogorsku. W latach dwudziestych jako młodego oficera przydzielono go do węgierskiego ataszatu w Warszawie, gdzie spędził parę lat. Z sentymentem wspominał miasto, a gdy opowiadał o herbatkach u marszałkowej Piłsudskiej – płakał. (…)

Po latach mylono znów pana z ojcem, Julianem. Zwłaszcza po tym, jak wyjechał pan z Polski w 1959 roku.

Kiedyś w Polskim Instytucie Naukowym w Nowym Jorku podeszła do mnie jakaś pani pytając o Krzyżanowskiego. Powiedziałem, że to ja. „Ale ja słyszałam, że on umarł” - obruszyła się. „Jak pani widzi, informacje o mojej śmierci są nieścisłe i na pewno przedwczesne” - odpowiedziałem. Ojciec mój zmarł w 1976 roku. A Krzyżanowskich było więcej. Ten sam Polski Instytut Naukowy wydawał kwartalnik „The Polish Review”, którego twórcą był prof. Ludwik Krzyżanowski, a ja przez pewien czas zasiadałem w zarządzie placówki. Mylono nas permanentnie, choć - zwracam uwagę - Ludwik odznaczał się jeszcze bardziej wydatnym nosem. Pewnego razu wystąpiliśmy w duecie. Jedno z instytutowych zebrań zgromadziło więcej niż zwykle gości, usiedliśmy więc w holu na dole i raptem widzimy, jak z góry po schodach majestatycznie schodzi olbrzymia Murzynka, ale taka, jak tylko Murzynki potrafią być olbrzymie. 250 funtów! Zeszła na dół i pyta się, czy jesteśmy Polakami. Potwierdziliśmy. „A czy panowie znają polski hymn narodowy? Bo słyszałam, że jest piękny”. I wtedy duet Krzyżanowskich stanął na baczność i zwrotka po zwrotce odśpiewał „Jeszcze Polska nie zginęła”. Z tymi nosami!

Podobał się hymn?

Bardzo. (…)

Pobyt na Universty of Michigan był dla pańskiej naukowej kariery bardzo ważny.

Prowadziłem tam studia z literatury porównawczej i otworzyłem swój przewód doktorski. Była tam świetna amerykanistyka, a ja już w kraju interesowałem się literaturą amerykańską, trochę na ten temat pisałem i kierowniczka wydziału amerykańskiego czy anglo-amerykańskiego na Uniwersytecie Warszawskim, pani Margaret Sztrauch powiedziała mi: „Jak pan zrobi ten doktorat, to czekamy na pana”. Praca doktorska szła mi całkiem nieźle, nadszedł jednak dzień, w którym trzeba było przedłużyć ważność paszportu. Konsul w Chicago stwierdził, że leży to poza jego kompetencją i decyzję podjąć musi minister oświaty. A ministrem była Eugenia Krasowska, od której dostałem pisemko treści: „Obywatel winien wrócić do kraju”. Obywatel znajdował się w trakcie dobrze rozwijającej się kariery naukowej i nagle, dla kaprysu pani Krasowskiej, miał to wszystko rzucić. Wściekłem się i zadecydowałem: „Zostaję”. Na co moja żona powiedziała: „To zostajemy wszyscy” i tak zostałem w Ameryce na stałe.

(Rozmawiał Krzysztof Masłoń)

 

Źródło "Wyspa" nr 3/2007
Komentarze czytelników
Dodaj własny komentarz
Brak komentarzy. Twój może być pierwszy!
Dodaj własny komentarz
Pola oznaczone (*) są wymagane.
Imie / pseudo *
Tytuł *
Adres email
Strona Web /
GG / Skype
Komentarz*
Wpisz Kod *
Dodaj
 
Kanał RSS
Najczęściej komentowane
1. Jacek Dehnel "Lala"
2. Wesołe chłopaki
3. Euforia
4. Bronisław Wildstein "Dolina nicości" - kontrrecenzja
5. Ogólnopolski konkurs na esej
6. Czesław Miłosz "Wiersze ostatnie"
7. "wyspa-Kwartalnik Literacki" nr 4/2009
8. Co w numerze?
9. Jeszcze raz w Radio Kampus
10. Kino Szpak z autografem
Strony partnerskie
Crass Zbuntowane Życie Penny Rimbaud
Melanże z żyletką
Najlepsze przewodniki
No Future Book Śmierć Książki
Notes Wydawniczy
Rynek Książki
Witold Horwath
Wydawnictwo Jirafa Roja
Wydawnictwo Primavera
Xenna Moja Miłość
 
Creative
Commons License Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne 2.5 Polska
Analiza oglšdalności witryny © 2007 Biblioteka Analiz Sp. z o.o.
Serwis optymalizowany do 800x600+ | IE/Mozilla FF | kodowanie iso-8859-2