Czym jest – dla badacza kultury, antropologa – fenomen legend miejskich?
Gdybyśmy przyjrzeli się wertykalnej strukturze miasta w jego potocznych czy onirycznych obrazach, to zobaczylibyśmy coś nad ziemią i coś pod ziemią, pod podłogą, w kanałach, piwnicach, pod sklepieniem. Owo pod jest przez etnologów opisywane bardzo często jako lokalizacja tego, co nieznane, co nam zagraża. Jakby dochodził stamtąd głos innego świata, innej rzeczywistości niż ta, którą dobrze znamy. Głos reprezentujący często inne hierarchie, normy, wartości, być może wciąż jeszcze jakiś odległy pogłos piekła. Nie należy zatem traktować legend miejskich tylko jako czegoś, co jest wyłącznie przekazem humorystycznym, zabawowym. Serie legend nie zastępują serii dowcipów, choć wydaje się, że w dalszym ciągu takie właśnie odczytania dominują. Tymczasem legendy miejskie mają nadal charakter „wywrotowy” wobec ustalonych form ludzkiego poznania i widzenia świata. Istnieje w nich inna logika, widoczne są inne sposoby bycia w świecie. Można powiedzieć, że legendy miejskie są treningiem w zakresie logik absurdalnych. Pojawia się tu, proszę zauważyć, absurd jako figura poznania.
Uciekamy w ten sposób przed zracjonalizowanym światem?
W legendach miejskich jest coś takiego, co można nazwać bardzo odległym horyzontem prawdopodobieństwa. My, w gruncie rzeczy, wyzbyliśmy się tego, co nazywamy przeczuciem, porzuciliśmy to, co nieprawdopodobne. W świecie zglobalizowanym ta kategoria „nieprawdopodobnego” coraz bardziej traci na znaczeniu, a legendy miejskie tę kategorię przechowują. Kultywują te treści, które kiedyś były bardzo charakterystyczne dla kultur tradycyjnych, bo wyzwalały różne potrzeby, także poznawcze. Wobec tego, co nieprawdopodobne trzeba było przyjąć jakąś strategię, jakoś się obronić, odnaleźć…
Czy legendy miejskie w Polsce mają się dobrze?
Sądzę, że chcielibyśmy, aby miały się dobrze, ale nie pojawiają się one jakoś wyraźnie, czy szczególnie intensywnie w obiegu. Aczkolwiek, jak odczuwam, istnieje taka pokusa, żeby ten typ twórczości słownej był bardziej widoczny. A skoro go nie ma, to wypadałoby go stworzyć. To jest dzisiaj na świecie jeden z podstawowych gatunków folkloru! Przy znacznym obumarciu innych form folkloru, legendy miejskie kumulują w sobie coś, co stanowiło trzon tradycji nowiniarskiej, którą dziś tak intensywnie żywią się nie tylko tabloidy. W dobie newsowych telewizji legendy jednak nie mają się tak dobrze, straciły przywilej wyłączności. Coś innego spełnia teraz funkcję dostarczania nowiny czy plotki. Chociaż, proszę zauważyć, legendy dobrze funkcjonują w internecie. Ja myślę, że miejskie opowieści to jest taki reliktowy typ folkloru, który ożył, rozwinął się właśnie za sprawą sieci. Dawne dziwne podziemne czy tajemne miejsca, z których początek brały różne kulturowe eksperymenty, zastąpiła teraz sieć internetu. To są teraz nasze „podziemia”.
Czyli można powiedzieć, że w okresie, gdy dominowały media scentralizowane, masowe, to legendy i różne ludzkie bajania były jakby uśpione. W momencie, gdy zastępują je media globalne, sieciowe, interaktywne wówczas te przekazy odżywają. Bo mówimy już nie o kulturze masowej, ale o kulturze popularnej, która rządzi się innymi prawami.
Słusznie. Myślę, że w tym przypadku to internet ożywił legendy miejskie, a nawet w niektórych przypadkach wytworzył, wykrystalizował u nas ten gatunek, który przez długi czas nie był opisywany przez folklorystów i etnografów, gdyż nie był charakterystyczny dla naszej agrarnej kultury. Tak więc jest coś w tym, że dokonuje się zmiana typu kultury, choćby w związku z transformacją, pojawieniem się wolnego rynku, procesami metropolitarnymi i globalizacyjnymi. To wszystko otwiera horyzont dla nowych form, korzystających zarazem z tradycji kulturowych. A jednocześnie oznacza to ostateczną śmierć czegoś, co można by nazwać miejskim folklorem tradycyjnym. Ostateczny schyłek pieśni, anegdoty i humorystyki na modłę sowizdrzalską. To wszystko szuka sobie miejsca właśnie w legendach miejskich i odczuwam, że istnieje duże zapotrzebowanie na kreowanie takiego świata mitopodobnego.
Powiedział Pan o pewnych korzeniach legend miejskich, tkwiących głęboko w folklorze i kulturze tradycyjnej. Czym różni się świat współczesnych legend miejskich od świata przedstawianego w niegdysiejszych podaniach i legendach ludowych?
Legenda miejska posługuje się instrumentarium technologicznym. Za sprawą legend miejskich dokonuje się oswojenie nowych technologii, z którymi sobie nie radzimy. W opowieściach personifikujemy zdobycze cywilizacji i w ten sposób stają się nam one bliższe.
Rzeczywiście, jest ogromna ilość legend związanych np. z gadżetami popkultury. Są legendy o shake’ach z McDonalda, o telefonach komórkowych i o coca-coli.
Pamiętam, jak kiedyś w latach 60., wysłuchałem w moskiewskim radiu wspomnień chłopki z Syberii, która pierwszy raz w życiu zobaczyła lokomotywę. Naprawdę nie wiedziała wtedy, do czego to odnieść! W końcu porównała ową lokomotywę do Żar-pticy, czyli bajkowego stwora. My już nie mamy tego zaplecza ontologicznego, a także demonologicznego, więc oswajanie nowych technologii odbywa się w języku specyficznej humorystyki, sensacji, jakiegoś skandalizującego kodu mówienia o trudnej do opanowania rzeczywistości…
Wydaje się, że dużo jest w tym języku również tęsknoty, sentymentu, nawet swego rodzaju czułości do legendarnych bohaterów, przedmiotów, miejsc…
Sprawa jest prosta, człowiekowi zawsze jest potrzebna jakaś wizja tego, co nie jest poznawalne, czego nie można dotknąć, przekroczyć. Zawsze jest potrzebny jakiś drugi świat, jakaś tajemnica. Przechodząc od folkloru docieramy tu nieoczekiwanie do esejów Tomasza Manna, który pisał o tym, że kondycja człowieka zawsze wymaga umocowania metafizycznego, tego prześwitu metafizycznego. I legendy miejskie to są właśnie takie popularne metafizyki, nasze małe kuchenne mitologie.
(Rozmawiała Kasia Kalinowska)
|