Koń jaki jest, każdy widzi Czwartek, 1 Marca, 2007
Kazimierz Orłoś
  Skończyłem studia prawnicze i o pracy myślałem z pewnym niepokojem. W Warszawie możliwości były ograniczone. Na aplikację adwokacką już wtedy dostać się było bardzo trudno. Iść do sądu albo do prokuratury nie chciałem. Pozostawała aplikacja radcowska, z tym, że wymagała pewnej praktyki.

Pamięta pan, jak Henryk Bereza zatytułował swoją recenzję z pierwszej pańskiej książki, zbioru opowiadań „Między brzegami”?

To było w 1961 roku, w „Nowych Książkach”.

„Sympatyczny debiut” – tak pana zarekomendował do świata literatury. Ale pięć lat później, po następnej książce – „Końcu zabawy”, w tych samych „Nowych Książkach” ten sam Henryk Bereza dał recenzji tytuł „Brutalność”. Co się takiego wydarzyło, że z sympatycznego debiutanta stał się pan brutalistą?

Od samego początku w moim pisaniu były dwa nurty. Trzymałem się blisko życia, pokazując je, takim jakie jest. Ale też starałem się dostrzegać przyrodę, całe to, jak mówimy górnolotnie, piękno świata. Z ojcem, który był leśnikiem, często jeździłem na wycieczki. Towarzyszyłem mu na Mazurach, w czasie wakacji w latach 50. w Krutyni, gdzie robił zdjęcia do swoich książek. Chodziliśmy po lesie, ojciec miał aparat ze statywem, fotografował huby na drzewach.

Poszczególne okazy?

Tak, znajduję teraz te wakacyjne zdjęcia w jego książkach, np. w „Fitopatologii leśnej”, podpisane: Nadleśnictwo Krutynia.

Doprecyzuję. Pański tata nie był leśniczym lecz naukowcem.

Skończył wydział leśnictwa w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w 1931 roku i związany był, od początku do końca, z Instytutem Badawczym Leśnictwa, kierował Zakładem Fitopatologii Leśnej. Zajmował się chorobami lasu. Jego autorstwa jest sporo książek, broszur, także popularnych atlasów grzybów, wydawanych przed i po wojnie. O lesie, o przyrodzie mówiło się w domu stale. Ojciec był przeciwnikiem chemicznego zwalczania chorób lasu. Rozpylania środków chemicznych. Powtarzał, że przy okazji giną różne stworzenia, następuje naruszenie całego ekosystemu. No więc ten nurt związany z przyrodą ma takie źródła. Teraz jest widoczny w opowiadaniach mazurskich.

Wydaje mi się nawet, że był on zawsze u pana obecny, a staje się jeszcze bardziej intensywny. Swoją drogą dziwię się, że pana nie pociągnęło w tę stronę zawodowo. Pańska żona też jest z tego kręgu.

Tak. Kończyła SGGW w latach 50., Wydział Ogrodniczy – kwiaciarstwo. No ale ja tylko czasami oddawałem się kontemplacji przyrody. Nie było tak całkiem lirycznie. Życie w PRL poznałem na budowach, po których się trochę obijałem po studiach.

Dlaczego pan – warszawianin wybrał pracę w terenie, a nie w stolicy? Obowiązywał pana nakaz pracy?

Skończyłem studia prawnicze i o pracy myślałem z pewnym niepokojem. W Warszawie możliwości były ograniczone. Na aplikację adwokacką już wtedy dostać się było bardzo trudno. Iść do sądu albo do prokuratury nie chciałem. Pozostawała aplikacja radcowska, z tym, że wymagała pewnej praktyki. Trzeba było jakiś czas pracować i np. dopiero w trakcie pracy zdawać egzaminy w Komisji Arbitrażowej. Istniała też możliwość pozostania na uniwersytecie. Pisałem pracę magisterską w katedrze prof. Pawła Horoszowskiego z kryminalistyki. Miałem ciekawy temat: badanie prawdomówności świadków na podstawie eksperymentów, które przeprowadziłem. Praca została bardzo dobrze oceniona, wydawało mi się, że profesor zastanawiał się, czy nie zaproponować mi pozostania na uczelni. No, ale w końcu nie zaproponował. Chociaż nie wiem, czy zdecydowałbym się zostać, bo już miałem za sobą pierwsze próby pisarskie.

No właśnie, pytam nie po to przecież by sprawdzać pańską biografię, ale zastanawiam się, na ile pańskie życiowe wybory związane był z pisaniem.

Obroniłem magisterium w grudniu 1960 roku, a w roku następnym wyszła książka – ten pierwszy zbiorek „Między brzegami”. Natomiast pierwsze opowiadanie wydrukowałem w „Twórczości”, w 1958 roku. Ale trzeba było podjąć jakąś pracę zawodową, a jednocześnie zależało mi – i w tym widać już jakiś zamysł literacki – na poznaniu rzeczywistości życia poza Warszawą, na wyjściu z tego trochę zamkniętego środowiska. Najpierw przez niecały rok pracowałem w Turoszowie, potem miałem przerwę, a następnie w 1963 roku wyjechałem w Bieszczady, do Soliny, na budowę elektrowni wodnej na Sanie.

Zanim porozmawiamy o tej pracy, chciałbym, żeby cofnął się pan jeszcze w czasie. Skąd wzięły się u pana dwa lata przerwy między maturą a studiami?

Dostałem się na studia dopiero za trzecim razem, w 1955 roku. A matura była w 53.

Nie takie pochodzenie?

Przede wszystkim nie należałem do ZMP. Ale byłem też kiepskim uczniem, nie miałem dobrej matury. Zdałem ją jednak, a – o dziwo – nawet i pierwszy egzamin na studia: na Politechnikę Warszawską. Na Wydział Budownictwa Wodnego. W szkole mieliśmy bardzo dobrego matematyka, prof. Jana Kozickiego. U „Reytana” uczyli wtedy starzy przedwojenni profesorowie, znakomici. Byłem jednym z najgorszych uczniów w klasie z matematyki, ale widocznie podstawy zostały mi tak mocno wpojone, że zdałem ten egzamin na Politechnikę, tyle że nie przyjęto mnie „z braku miejsc”. Dopiero po dwóch latach szarpaniny, obawy przed wojskiem dostałem się na Wydział Prawa Uniwersytetu Warszawskiego.

Wojsko pana ominęło?

Tak.

Pracował pan jako prawnik w Turoszowie, w Bieszczadach, ale i później, w latach 70. nastąpił dłuższy pana wyjazd z Warszawy.

Do pracy przy budowie drogi Warszawa-Katowice, w bazie Warszawskiego Przedsiębiorstwa Robót Drogowych pod Piotrkowem. Ale to już było po wydaniu mojej książki w Paryżu i skutkach tego wydarzenia, które opisuję w „Historii »Cudownej meliny«”. Wcześniej jednak „zaczepiłem się” w Warszawie literacko, urządzając sobie życie – wydawałoby się – w miarę stabilne, bez kłopotów materialnych. Mianowicie w 1970 roku zacząłem pracować w Polskim Radiu, w redakcji słuchowisk, której szefem był wówczas Włodzimierz Odojewski, a po jego wyjeździe na Zachód Henryk Bardijewski. Jednocześnie miałem pół etatu w „Literaturze” Gottesmana, w dziale reportażu.

Mówi pan: „Gottesmana”, a naczelnym tego tygodnika był Jerzy Putrament.

Ale pismem kierował Gustaw Gottesman; Putrament, jak kiedyś napisałem, stanowił rodzaj tarczy ochronnej.

(Rozmawiał Krzysztof Masłoń)

 

Całość wywiadu w papierowym wydaniu "Wyspy".

Źródło "Wyspa" nr 1/2007
Komentarze czytelników
Dodaj własny komentarz
Poniedziałek, 3 Marca, 2008 Danuta dancia49@wp.pl
Marzenie/?/
Odpowiedz
Cudownie by bylo,gdyby mozna byloby spotkac Pana w Lesku w czasie Bieszczadzkiego Lata z Ksiazka/poczatek lipca/.Danuta
Dodaj własny komentarz
Pola oznaczone (*) są wymagane.
Imie / pseudo *
Tytuł *
Adres email
Strona Web /
GG / Skype
Komentarz*
Wpisz Kod *
Dodaj
 
Kanał RSS
Najczęściej komentowane
1. Jacek Dehnel "Lala"
2. Wesołe chłopaki
3. Euforia
4. Bronisław Wildstein "Dolina nicości" - kontrrecenzja
5. Ogólnopolski konkurs na esej
6. Czesław Miłosz "Wiersze ostatnie"
7. "wyspa-Kwartalnik Literacki" nr 4/2009
8. Co w numerze?
9. Jeszcze raz w Radio Kampus
10. Kino Szpak z autografem
Strony partnerskie
Crass Zbuntowane Życie Penny Rimbaud
Melanże z żyletką
Najlepsze przewodniki
No Future Book Śmierć Książki
Notes Wydawniczy
Rynek Książki
Witold Horwath
Wydawnictwo Jirafa Roja
Wydawnictwo Primavera
Xenna Moja Miłość
 
Creative
Commons License Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne 2.5 Polska
Analiza oglšdalności witryny © 2007 Biblioteka Analiz Sp. z o.o.
Serwis optymalizowany do 800x600+ | IE/Mozilla FF | kodowanie iso-8859-2