Łukasz Gołębiewski, "Disorder i ja", Jirafa Roja, Warszawa 2009. Czasy się zmieniają, w mieszkaniach leci muzyka z grundiga, królują meblościanki, w łazienkach pachnie od „Lanzy” i „Polleny 2000”, portfele wielu puchną i to wcale nie od monet. A Disorder i on, jak pili, tak piją dalej...
Jest taka piosenka Joy Division zatytułowana „Heart and soul” (Serce i dusza), w której padają słowa: „Egzystencja, dobrze, jakie ma znaczenie? Ja egzystuję najlepiej, jak potrafię, przeszłość jest teraz częścią mojej przyszłości, teraźniejszość zupełnie wymyka się z rąk” (tłum. Krzysztof Obłucki, fragment pochodzi z książki „Joy Division i Ian Curtis”). Życie bezimiennego bohatera nowej książki autora „Xenny” i „Melanży z Żyletką” mniej więcej tak wygląda. Z pewnością nie chcielibyście się ani na niego, ani na jego kumpla Disordera natknąć. Bo kto szuka towarzystwa nieudacznika żyjącego w nihilistycznej pustce, pijaka i abnegata, który nawet piwa nie postawi, chyba że wcześniej parę złotych wyżebrze pod hipermarketem, albo wyciągnie z portfela niedoszłej, nieco podstarzałej kochanki? Opowieść zaczyna się od dowcipnych opowiastek z czasów szkolnych, wspomnień młodzieńczych wybryków, kiedy się imprezowało, ostro łoiło alpagi i generalnie robiło wszystko na „p”. Ale im dalej się zagłębiamy, tym bardziej mamy poczucie, że to spowiedź przegranego człowieka. Czasy się zmieniają, w mieszkaniach leci muzyka z grundiga, królują meblościanki, w łazienkach pachnie od „Lanzy” i „Polleny 2000”, portfele wielu puchną i to wcale nie od monet. A Disorder i on, jak pili, tak piją dalej i wpadają w otchłań nałogu alkoholowego. Praca, rodzina – to nie dla nich. Do śmiechu jakby coraz mniej, ginie gdzieś obraz wesołego żula na rzecz hamletyzującego alkoholika. Pojawia się nadzieja, gdy w życiu bohatera zjawia się Milena. „Los się musi odmienić” – śpiewał Kazik, tylko czemu nie w tym przypadku? „Za późno, już zatrzasnąłem za sobą wszelkie drzwi” – odpowiada bohater. Naiwny happy end u tego autora nie wchodzi w grę. Jest za to samotność, alienacja, desperacja. Bohater pełen jest wewnętrznych sprzeczności i niezmiernie trudno prognozować, czy wyjdzie mu coś dobrego. Książka mocna, męska, budzi emocje, frustruje, a opisana codzienność przeraża. Autor rzuca światło na ludzkie ułomności. Powieść z jednej strony jest jak tanie wino – mocna, rozwesela, kopie „w morde jak trza” i częstokroć budzi niesmak, z drugiej zaś jest jak wypicie dobrego, gatunkowego alkoholu – czujemy, że warto było.
Autor posiada wyrafinowany, kunsztowny warsztat literacki i czyta się go wartko oraz przyjemnie. Nawet jak by opisał romans karalucha z biedronką, to byłoby to strawne i ciekawe. Powieść o pijaku (drugi jest tutaj trochę wciśnięty na siłę poprzez tytuł) również czyta się przyjemnie, jest wiele do śmiechu. Tyle, że to jakby reportaż. Nie ma żadnych głębszych przesłań, właściwych literaturze. Taka trochę atrapa powieści. Przeczytasz, spędzisz miło czas, pośmiejesz się i... zapomnisz. Dziwi mnie tyle mądrych słów, wypisywanych na temat twórczości Gołębiewskiego. Jego pisanie bliższe jest raczej dziennikarstwu.