Bo Agnieszka była i jest jedna, niepowtarzalna, wyjątkowa. Matka ją wzięła, za namową ojca, do naszego domu, ale jej nienawidziła od pierwszego dnia – i właśnie nie za to, że była brudną Cyganką, której nawet swoi nie chcieli, którą za to nienawidzili jej wszyscy pozostali, bo się bali, że ukradnie, ale za to, że Agnieszka mnie sobie upatrzyła na najbliższego przyjaciela, na takiego, który jest najważniejszy w życiu, któremu można oddać wszystko, co się ma, nawet godność, której miała olbrzymie nadmiary. Matka jej nie doceniała. Do śmierci nie łapała tego prostego faktu, że Agnieszka uciekła z domu tylko dlatego, żeby właśnie jej nie ranić, bo miała nadmiar godności, ponieważ ją upatrzył sobie na najbliższego przyjaciela akurat ojciec, zapatrzony w nią jak w obraz, kiedy tylko przestała być mała, a oczy miała jak dwa czarne opale, a ciało gibkie jak pantera, a głos ciepły, taki, co wywołuje dreszcze. Bo nigdy nie powiedziała słowa skargi na drakońskie rygory i wyzwiska. Nawet nie zawiadomili policji, że dziecko wyszło z domu i dotychczas nie wróciło. Bali się tajemnic domowych, które sami stajemniczyli, że blokowiska będą o nich szeptać i palcami pokazywać. Nie takie znowu była zresztą dziecko, siedemnaście lat to kobieta. Nie takie. W dwa dni później ja też uciekłem. Nie na długo, bo nie miałem, jak ona, kumpli na mieście, szybko wróciłem przyciśnięty głodem, znalazłem pod bielizną butelkę ojca i po raz pierwszy w życiu zachlałem się prawie na śmierć. Musiałem uciec, bo matka chciała mnie przywiązać do łóżka, czuła, że pójdę za tą Cyganichą. Szukałem Agnieszki oszalały z tęsknoty. Nigdy nikogo nie kochałem, może i nawet jej też nie kochałem, ale czułem się wtedy tak, jakby mi wyrwano kawał mięsa z ciała, jakby mi zabrano to, co mam najcenniejsze, życie. Potem to ucichło. Ach, jak boleśnie ucichło, jak kula we łbie powstańca, który dostał strzał i jakoś przeżył, żeby z tym dokuczliwym pociskiem chodzić i śmiać się do ludzi, że nic się nie stało, mimo że w mózg uwiera. A mówią: ci z wojny, to bohaterowie. A ci z pokoju? Albo: ci z pokoju takiego jak nasz, na najwyższym piętrze bloku z wielkiej płyty, z otwartą kuchnią i śmierdzącym, małym klozetem, z którego tyłek zwisał na boki, bo się nie mieścił.
Jakby zgadła moje myśli. Trudno było nie zgadnąć. My i tak całe życie będziemy nadawać na jednej fali. – Zostawiłam im list, a ty jak porąbany. Wiedzieli wszystko, o ojcu, o tobie. Tak zrobiłam jak samobójca, to był najlepszy sposób, żeby im dowalić. A potem… Gdybyś mnie nie szukał, nie musiałabym wiać do Gdańska. – Do Gdańska. Nie wpadłem na to. – No, z Gdańska do Wrocławia, mieszkałam w ruinach przy rynku. Pięknie było. – Pięknie. A ja? – Źle ci było? Dziesięć lat minęło, może piętnaście, może dwadzieścia, i co? – Starzy to ciężko odchorowali.
Zaśmiała się szybkim rechotem i równie szybko spoważniała. – Debile. Oni myśleli, że sobie tym niebo załatwią, że nas wezmą. Chce takie gówno mieć potomstwo, to sobie bierze potomstwo i już, jak z chlewu do chlewu. I to za friko. Jeszcze sobie każą dopłacać. W nagrodę zaciągną cię do barłogu. Nie tak było? – Nie. – To jak? – Ty tego nigdy nie zrozumiesz. Ja mam dzieciaki. – Bydlak. Miałam sporo, ale żaden ze mnie nie wyszedł cały. O to ci chodzi, żeby mi przyłożyć? Powiedz, skąd miałeś na to wszystko kasę. – Z pracy. – Z pracy. A ja myślałam, że ci spadła z nieba. Skąd miałeś? – To nie oni mi dali. – Bronisz ich. – Nie bronię, ale oni dali mi przetrwać. Tyle. Daj sobie spokój. Jak starzy mnie wzięli, byłem najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Fakt, że przez miesiąc, może dwa i koniec, ale co z tego. Mam ci od początku opowiadać o torturach w wychowaku? O tych zwyrodnialcach i tak dalej? Nie znasz tego? Pokazać ci blizny? Sama pokaż. Pokaż plecy.
Zsunęła nogę z szyny i szybkim ruchem zrzuciła bucik. Sięgnęła bosą stopą do mojego kolana i powoli zaczęła ją przesuwać do góry. – Oszalałaś? W każdej chwili może tu wejść jakiś robol. – Tak jak ojciec? – Wychodzimy! – chwyciłem ją za rękę i wyprowadziłem z baraku.
Pociągnąłem za sobą do domu, zatrzasnąłem drzwi z hukiem.
Szczerze mówiąc, miałem gdzieś to, co sobie pomyślą jacyś robole. To hołota, faceci, którzy przychodzą tu tylko dla paru złotych miesięcznie, wyćwiczeni przeze mnie w trzymaniu gęby na kłódkę. Nigdy nie dopuściłem, żeby te buraki kontaktowały się z moją rodziną. Byli, są i będą niebezpieczni, bo nie są zdolni do myślenia. Kiedy patrzę, jak całymi ustami żrą kiełbasę, wlewają płyny przez szpary po wygniłych zębach, kiedy czuję smród ich niemytych ciał, słyszę ich spluwanie i pierdzenie, mam przed sobą zwierzęta. Wszyscy gwałcili kobiety, rzygali na dzieci, bili starców, każdy ma to za sobą, co drugi garował i pod celą co drugi dzień dla świętego spokoju dawał dupy co drugiemu mocniejszemu. Tępe pyski, zaczerwienione oczy z matowym wyrazem przekleństwa. Wymagają nieustannej tresury, jak cała ta wiocha naokoło, z tymi kobietami walonymi od małego, z tym syfem. Ale strzeżonego Pan Bóg strzeże, lepiej, żeby nic nie wiedzieli. Co mają trochę ludzkiego, to pamięć, tylko że każdy kundel też ją ma.
Zamknąłem drzwi wejściowe na klucz, zostawiłem go w zamku na wypadek, gdyby ktoś próbował się dostać za pomocą swojego klucza. Jeśli zadzwoni, to ja sam otworzę.
Agnieszka stanęła pośrodku pokoju zdezorientowana, z paltocikiem przerzuconym przez ramię, z potarganą fryzurą. Widać popychałem ją zbyt mocno, a może ciągnąłem za włosy, sam już nie wiem.
Nie miała jednak nieszczęśliwej miny. Przeciwnie, była najwyraźniej czymś podbudowana, może jeszcze nie radosna, ale pogoda jej twarzy mówiła wiele. Tak miało chyba być: to miało mi się podobać. Byłem podniecony, to prawda, jej niedwuznaczne zachowanie nie mogło przejść bez śladu, rozgrzałem się, to prawda. Bardzo niewygodny moment, bo wtedy przestaje się cokolwiek rozumieć, człowiek jest gotów zrobić coś nieodwracalnego albo coś tak odwracalnego, co się odwraca brutalnie, choćby siekierą i łopatą, z dokładnym uklepywaniem później grobu.
Całość tekstu w papierowym wydaniu "Wyspy".
|