Zapewne dla wielu z państwa informacja, że zrezygnowałem z funkcji redaktora naczelnego „Wyspy” nie jest niczym nowym. Takie wieści szybko się rozchodzą. Chyba muszę wytłumaczyć dlaczego. Powody są jak zwykle złożone, ale najważniejsze są dwa. Po pierwsze zrozumiałem, że pismo jest już na tyle ustabilizowane, można powiedzieć rozpędzone, że teraz to ja będę ograniczał jego rozwój. Bo z przyczyn osobistych i artystycznych nie mogę mu poświęcić tyle czasu i sił, ile by należało. Po drugie – jednak muszę to powiedzieć – bez trudu znosiłem brak pieniędzy, lokalu, sekretarki, ale stanąłem bezradny wobec małości ludzkiej. Nie ja pierwszy, nie ja ostatni.
Generalnie jednak doświadczenie redagowania „Wyspy” muszę uznać za bardzo satysfakcjonujące. Wielu naprawdę znakomitych autorów powierzyło mi swoje teksty, choć początkowo wiedzieli o piśmie tylko tyle, ile im powiedziałem. Dzięki temu mogliśmy od razu zacząć z dość wysokiego pułapu. Potem z biegiem czasu krąg autorów pojawiających się w „Wyspie” stale się poszerzał. Wyliczenie ich jednym tchem naprawdę robi wrażenie. Choć są też tacy, których chciałem widzieć w „Wyspie”, a na razie się w niej nie pojawili. Moi znakomici autorzy, dziękuję Wam za zaufanie i życzliwość, jaką mi zawsze okazywaliście. To jedna z piękniejszych rzeczy spośród tych, których w mojej literackiej przygodzie doświadczyłem.
Udało mi się zebrać w redakcji i wokół redakcji grupę bardzo różnych (pokoleniowo i nie tylko) osobowości, które łączył zdumiewający w dzisiejszych czasach idealizm i pragnienie robienia czegoś, co ma sens. Dali się namówić na to szaleństwo i trwali ze mną niezależnie od wszystkiego. Miałem nadzieję, że będziemy razem robili pismo przez całe lata – stało się inaczej. Większość z nich będzie nadal tworzyć „Wyspę”. Dla mnie, moi drodzy redakcyjni koledzy, było to bardzo ważne spotkanie. Mam nadzieję, że dalej będziecie szli od sukcesu do sukcesu.
Muszę też podziękować wydawcy. Chciał innego pisma, bardziej dziennikarskiego i komercyjnego. Narzuciłem mu swoją koncepcję i broniłem jej ze wszystkich sił, a wydawca cierpliwie to znosił. Nie czułem jego poparcia, ale też taktownie starał się nie przeszkadzać. Dzięki temu miałem rzadki w dzisiejszych czasach komfort realizacji autorskiego projektu. Żaden wydawca nie mógłby dla mnie więcej uczynić.
I wreszcie najważniejsze. Istnienie „Wyspy” dowodzi, że mogą istnieć pisma skupione na literaturze, wolne od koleżeńskich układów i układzików będących zmorą naszego życia literackiego, nie podążające ślepo za chwilowymi modami, lecz mające własną wizję literatury i własne zdanie. Miesięczniki, dwumiesięczniki, kwartalniki, w których redaktorzy służą pismu, a nie pismo redaktorom.
Wiele osób uśmiechnie się teraz i pomyśli, że piszę o czymś całkowicie nierealnym. Ale przecież „Wyspa” istnieje. Można wziąć ją do reki, otworzyć, poczuć zapach farby drukarskiej. Jest faktem. I mam nadzieję, że pozostanie taka jak jest, tyle że jeszcze lepsza. I chciałbym, żeby w różnych miejscach Polski powstawały podobne wyspy, by pewnego dnia zebrane razem pokazać to, co najważniejsze: jak barwny i interesujący jest archipelag literatury.
Marzę sobie. Ale przecież jako były redaktor mogę sobie pozwolić na odrobinę donkiszoterii. Nie odchodzę całkowicie z „Wyspy”. Będę w pobliżu. Może się czasem na coś przydam.
|