Czy ja w ogóle mam tu coś do napisania? Wystarczy wyliczyć alfabetycznie: Abramow, Górzański, Karasek, Orłoś, Rylski, Szuber, Tkaczyszyn-Dycki, Waniek. Czy to moi drodzy może być złe pismo?
Czy ja w ogóle mam tu coś do napisania? Wystarczy wyliczyć alfabetycznie: Abramow, Górzański, Karasek, Orłoś, Rylski, Szuber, Tkaczyszyn-Dycki, Waniek. Czy to moi drodzy może być złe pismo? A inni autorzy, choć nie tak sławni wcale nie gorsi. Odpukam, żeby nie zapeszyć, ale chyba jesteśmy na dobrej drodze do stworzenia naprawdę ciekawego pisma literackiego. W każdym razie będziemy dokładali wszelkich starań. Co jest ciekawe w tym numerze? Pewnie zjawiska nietypowe. Po pierwsze projekt filmowy Rylskiego. Tego typu teksty zwykle nie bywają publikowane, leżą gdzieś w szufladach producentów, a potem, gdy już projekt zostanie zrealizowany, lub ostatecznie upadnie zostają potraktowane jak makulatura. Gdy nieco przypadkiem zapoznałem się z tym tekstem od razu chciałem go mieć w „Wyspie”. Oprócz wszelkich walorów literackich pokazuje on coś, co zwykle jest tajemnicą warsztatu. Pracę autora nad charakterem postaci, fabułą, szukanie, dopracowywanie, powolne docieranie do ostatecznego artystycznego kształtu. To nie tylko utwór literacki, to pewnego rodzaju dokument. Podobnym dokumentem, tym razem duchowej codzienności artysty jest „Dziennik” Jerzego Górzańskiego. Górzański znany jest z lapidarności, poetyckiego skrótu, umiejętności zapisywania rzeczy ważnych w zegarmistrzowsko skonstruowane miniatury. Ten talent autora czyni jego „Dziennik”, ośmielę się powiedzieć, wydarzeniem literackim. Z nowych rzeczy zaczynamy cykl artykułów o literaturach różnych krajów. W tym numerze o literaturze kanadyjskiej pisze świetna pisarka, autorka „Ogrodu Afrodyty” Ewa Stachniak. Katarzyna Bieńkowska pokazuje dwoje ciekawych a nieznanych poetów: dojrzałego artystycznie, mimo młodego wieku, Adama Raczyńskiego i młodziutką Elizę Krawczuk. Wacław Holewiński proponuje kolejny debiut, tym razem Jolanty Knap. Wydaje mi się również, że pięknie dojrzewają intelektualnie nasi młodzi recenzenci. Ja w każdym razie czytałem ich recenzje, bez cienia nudy, za to z redaktorską satysfakcją. Czytam ten tekst i widzę, że z każdego akapitu bije nieprzyzwoite wprost zadowolenie. Ale z drugiej strony patrząc… Dlaczego niby mam być niezadowolony?