Wiele lat temu jeszcze w czasach socjalizmu byłem w Berlinie Zachodnim. Cieszyłem się bo w tamtych czasach władza lubiła mieć mnie w kraju i z reguły odmawiała mi wydania paszportu. Mieszkałem u znakomitej polskiej artystki i jej ówczesnego męża, adwokata. Adwokat był miły, ale jednak trochę się go obawiałem. No bo co by nie mówić siedzę mu karku, jeżdżę po mieście jego rowerem, zjadam ciężko przez niego zarobione bułeczki etc. Pewnego dnia rozgadałem się przy obiedzie o Muzeum Muru Berlińskiego, którego idea bardzo mi się spodobała i głośno dawałem temu wyraz. I wtedy milczący zwykle adwokat wypalił: „a moim zdaniem to muzeum jest bez sensu i nikomu niepotrzebne”. Zatrzymałem się w pół słowa. O co mu chodzi? Czy chce mnie obrazić? Czy może to sygnał, żeby już wracał do Polski? Tymczasem adwokat nakładał sobie spokojnie sałatkę, a artystka też zachowywała się jakby nic się nie stało. I nagle doznałem olśnienia. On po prostu powiedział co myśli. Dla adwokata z Berlina Zachodniego urodzonego i wychowanego w systemie demokratycznym było oczywiste, że możemy mieć rożne zdania i w niczym to nie zmienia naszych wzajemnych relacji. Nadal możemy się lubić, szanować i wspierać w potrzebie.
W Polsce mamy system demokratyczny od osiemnastu lat, czyli powinien już osiągnąć dojrzałość. Jednak tej prostej prawdy, że ludzie maja różne przekonania jakoś nie możemy zaakceptować. Zawsze jakiś pogląd musi być „jedynie słuszny”, a inne niesłuszne, dyskredytujące automatycznie tego kto je wypowiada. Kiedyś co i raz przysyłano mi e-mailem jakiś list do podpisania. Zwykle zgadzałem się i podpisywałem. Ale raz miałem inne zdanie niż organizatorzy protestu i odmówiłem obszernie uzasadniając dlaczego to czynię. Od tego czasu protesty już do mnie nie przychodzą, bo okazało się, że mam do wyboru: albo zawsze i we wszystkich sprawach zgadzam się z ich organizatorami, albo nie warto ze mną gadać. A właściwie dlaczego mam się zawsze i ze wszystkim zgadzać? Przecież takie myślenie jest z natury totalitarne.
Ostatnio przeżywamy apogeum wojny elit. Dotknęła ona także środowisko literackie. Wszyscy stali się podejrzliwi, nieufni, patrzą na siebie spode łba. Tymczasem to wcale nie nasza wojna drodzy przyjaciele. Ma ona charakter czysto polityczny, a artyści są z natury pozapartyjni. W dodatku jest toczona na poziomie dość prymitywnej i doraźnej publicystyki, a to nie jest pułap godny intelektualisty. Po trzecie wreszcie my artyści w tej wojnie gramy role statystów, wiernego tłumu, co aż nazbyt dobrze było widać podczas spotkania zorganizowanego przez Aleksandra Kwaśniewskiego. To chyba nie jest odpowiednia dla nas rola.
Może lepiej pójdźmy w ślady berlińskiego adwokata, nałóżmy sobie spokojnie sałatki i cieszmy się ciepłym popołudniem i towarzystwem przyjaciół o najdziwniejszych poglądach. A na często ostatnio stawiane pytanie kogo zaprosiłbym na obiad: Kaczyńskiego, Kwaśniewskiego czy Tuska odpowiadam: Eustachego Rylskiego.
|