Nową powieść Wildsteina można analizować na co najmniej dwóch płaszczyznach: literackiej i aluzyjno-publicystycznej. Sądy z jednego poziomu niekoniecznie muszą mieć jakiekolwiek znaczenie dla oceny tego drugiego. Jeśli idzie o płaszczyznę literacką warto powiedzieć szczerze – „Dolina nicości” to książka bardzo nierówna. Fragmenty słabe przeplatają się z naprawdę wybitnymi, tworząc spójną całość fabularną, lecz stylistyczną – już mniej. Urzekający poetyckim pięknem króciutki fragment o Warszawie w dniu 60-tej rocznicy Powstania, zbudowany na metaforach jakby wyjętych prosto z Gajcego („Jak nie kochać strzaskanych tych murów / tego miasta co nocą odpływa / kiedy obie z greckiego marmuru / i umarła Warszawa i żywa”), czy doskonały i lekki opis rautu u „prezia” nie zacierają do końca negatywnego wrażenia, jakie pozostawiają „chrupiące” często dialogi, czy płaskie i przerysowane postaci. W wielu momentach Wildstein ociera się o słaby paszkwil i literacki odpowiednik poetyki komiksowej serii o Likwidatorze. Tam także nazwiska znanych postaci przekręcane są chyba tylko by autor mógł uniknąć procesu o zniesławienie, bowiem ich prawdziwa tożsamość nie pozostawia żadnych wątpliwości (np. ksiądz Tiszert, przyjaciel Górali), za to sposób w jaki autor z nich drwi kwestionuje jego własną klasę.
Ciekawa jest relacja rzeczywistości i fikcji w „Dolinie nicości”. Bohaterowie kryją się za śmiesznymi i udziwnionymi nazwiskami (przywołującymi na myśl Tyrmanda) niczym za arbitralnymi kryptonimami – jak agenci bezpieki. Nie trudno odczytać kto figuruje za poszczególnymi nazwiskami – czasem są to pojedyncze osoby, czasem zlepki kilku postaci – jak jest w przypadku redaktora Returna. Fikcyjne, choć przecież semantycznie przejrzyste, są też nazwy książkowych mediów; prawdziwe zaś - miejsca. I czasem tylko w ten fikcyjny, a jednak znajomy świat wtargnie rzeczywistość nasza, kiedy okaże się, że pionki na planszy inaczej się nazywają i inaczej nieco zachowują, ale przecież historia toczy się dokładnie tak samo. Była „Solidarność” i stan wojenny, był Okrągły Stół i wybory czerwcowe, rząd Mazowieckiego i prezydentura Wałęsy. Kiedy takie historyczne, strukturalne ramy są niezmienne i jedynie wypełnione fikcyjną treścią, odnosi się wrażenie, że postaci przedstawione przez Wildsteina nie mają znaczenia wobec zakulisowych procesów, które tak naprawdę decydują o kształcie świata. Jeśli wszystko to co opisuje „Dolina” w jakimś sensie zdarzyło się naprawdę – albo chociaż ma swój odpowiednik – a mimo to znajdujemy się w takim samym roku 2004 jak ten rzeczywisty, oznacza to dwie rzeczy. Po pierwsze Wildstein naprawdę wierzy w dalekosiężny spisek spec-służb zakorzeniony już w latach 70-tych, po drugie – spisek ten, kształtujący historię, dokonuje się na takim poziomie, że wymiana tych czy innych pionków nie ma znaczenia dla wyniku „rozgrywki”.
Jaka jest powieściowa Polska według Wildsteina? Przede wszystkim zakłamana, ale też – przekłamana. Za powierzchownym złudzeniem demokratycznego porządku i nowobogackim kapitalistycznym blichtrem kryje się maszyneria oparta na ciemnych układach, podłości i nierozliczonej zdradzie. Przekłamana jest jednak w tym sensie, że autor bardzo wybiórczo podchodzi do opisu sfery publicznej. Aby spotęgować uczucie klaustrofobii i zaszczucia redaktorów-demaskatorów Wilczyckiego i Czułny, Wildstein stosuje manewr rodem z Orwella. Totalitaryzm „Roku 1984” jest tym straszniejszy, że nie ma z niego ucieczki do wolności, nie ma wyjścia poza straszne wiezienie Wielkiego Brata. Wildstein także przedstawia Polskę jako niemal polityczny monolit spętany mafijno-ubeckimi powiązaniami oraz zakulisowymi rozgrywkami łże-elit, a więc – więzienie Okrągłego Stołu. W kraju jedyną alternatywą są marginalne środowiska „oszołomów”. Zachód jest tylko źródłem pustych, pseudointelektualnych trendów, i dodatkowo zamyka bohaterów, których jedynym ratunkiem okazuje się ucieczka do prowincjonalnych ale wciąż „normalnych” oaz zdrowego rozsądku. W tym leży największe bodaj przekłamanie powieści, przekreślające ją jako autentyczną analizę Polski i Polaków, nie pozwalające na porównania z „Weselem” inne niż przez dalekie skojarzenia. Publicyści i recenzenci zachwycający się trafnością z jaką Wildstein szydzi z politycznego, medialnego i biznesowego establishmentu mogą śmiać się do woli, ponieważ ani oni, ani ich polityczni przedstawiciele nie są w książce sportretowani. Polska z „Doliny Nicości” to Polska „Michnikowszczyzny” Ziemkiewicza – a wiec wyolbrzymionej władzy jedynie pewnej części „warszawskich elit”.
Choć Wildstein parodiuje postaci z rzadka tylko parodiuje też ich poglądy. Trzeba przyznać, że w książce przeważają pełne napięcia spory o wartości, których autor jednoznacznie nie rozwiązuje. Pozwala każdej ze stron wypowiedzieć swoje racje, a decyzję pozostawia czytelnikowi w sposób elegancki i nienachalny. Bardziej chyba niż treść pewnych poglądów zdaje mu się przeszkadzać stadne myślenie i naśladowanie pewnych rzekomych autorytetów bez własnej refleksji. Z wyraźną sympatią traktuje postać redaktora „Praktyki zaangażowanej” zza której wygląda Sławomir Siekarkowski.
Porównanie Wilczyckiego do Kmicica („Wyspa” 8/2008) jest nie tyle na wyrost, co po prostu nietrafione. Nie wymaga odwagi, raczej Jeśli już doszukiwać się w „Dolinie nicości” postaci nowego Kmicica, to byłby nim redaktor Czułno, ale tylko do pewnego stopnia. I pod warunkiem, że Wildstein napisze kiedyś dalszy ciąg powieści. Czułno, pierwotnie narwany i trochę idealistyczny młody prowincjusz z parciem na karierę w stolicy, daje się omotać redaktorowi największego środkowoeuropejskiego dziennika Bogatyrowiczowi i przechodzi, choć nie bez oporów i nie bez reszty, na jego stronę. Aby być Kmicicem musiałby jednak tę „zdradę” odkupić. Bogatyrowicz zaś musiałby być uznany za postkomunistycznego Radziwiłła (w tym celu znów należy się odwołać do Ziemkiewicza), co stawia nas na powrót przed oceną Okrągłego Stołu. Z Sienkiewiczem wspólne ma Wildstein z cała pewnością podejście do postaci kobiecych. Tak naprawdę poza dziennikarką Gają, są to jedynie drugoplanowe postaci, których podstawową rolą jest (niczym u Levi-Straussa) bycie przedmiotem wymiany pomiędzy mężczyznami. Są więc zdobywane, odbijane, rytualnie gwałcone przez zdobywców i seksualnie upokarzane – same nie mają znaczenia.
„Dolina nicości” to ciekawa książka, która samą swoją obecnością przeczy podstawowym politycznym tezom za nią stojącym. Na pierwszy plan wysuwają się w niej spory o podstawowe wartości: rozliczenie esbeckiej agentury oraz zdrady i zakłamania, które wniosła do wolnej Rzeczypospolitej, a także (jako tło) debata o Powstaniu Warszawskim. W ramach książki, w rzeczywistości przez nią tworzonej, oba są praktycznie nie do rozstrzygnięcia. W prawdziwej Polsce, nie tej klaustrofobicznej puszce spętanej wszechogarniającym spiskiem, jest jednak miejsce na ścieranie się opinii, wymianę dowodów i argumentów. Z całą pewnością lepiej powieść Wildsteina przeczytać zanim się ją osądzi – choć lektura to na przemian fascynująca i irytująca.
|