Jacek Dehnel "Lala" Poniedziałek, 5 Marca, 2007
Wacław Holewiński
  Jacek Dehnel, "Lala", W.A.B., Warszawa 2006. Widząc pozy, jakie Dehnel przyjmuje w telewizyjnym Łossskocie, z jaką łatwością feruje wyroki, powiem uczciwie, aż chciałoby się przyłożyć autorowi „Lali”. Ale… z dwoma wyjątkami, które w żaden sposób nie deprecjonują jej wartości, bo książka to piękna, nie ma za co.

„Już teraz dom w Oliwie wygląda inaczej. A kiedy babcia umrze, a umrze niebawem, i mogę to napisać zupełnie spokojnie, bo po pierwsze, dawno wszyscy pogodziliśmy się z tą myślą, a po drugie, ona i tak nigdy tego nie przeczyta, bo w ogóle już nie czyta, wszystko się zmieni nie do poznania.” Tak rozpoczyna swoją pierwszą powieść Jacek Dehnel. I w gruncie rzeczy już te pierwsze zdania mówią o książce wszystko.

Oswajanie ze śmiercią nie jest w sztuce niczym nowym, wręcz odwrotnie, spowszedniała nadzwyczaj. Mamy z nim do czynienia w kinie, na teatralnych deskach, we wszechobecnej telewizji. Nie ucieka od niej, bo i uciec nie może, literatura. Ale Dehnel robi to w sposób szczególny. Oswaja nas ze śmiercią jako zdarzeniem pewnym choć rozciągniętym w czasie. Ze śmiercią dla bohatera osoby szalenie bliskiej, osoby nad którą sam sprawuje pieczę, z którą wiążą go emocje i budowana przez lata więź oparta na dziwnych, na wpół baśniowych, choć zapewne prawdziwych, opowieściach.

Tytułowa Lala to babka bohatera. Rada szczególna dla czytelników tej książki: czytajcie ją bez próby ułożenia koligacji rodzinnych. Jakoś dziwnie jestem przekonany, że i autor nie do końca je uchwycił. Bo i nie one są w tej książce ważne. Ważny jest natłok zdarzeń, osób, przedziwnych zbiegów okoliczności. Niby umierająca ale wciąż trzeźwa Lala snuje te swoje opowieści, czegoś zapomina, Dehnel, jak archeolog sklejający pogruchotane skorupy, dopytuje o szczegóły matkę, sam coś przypomina, podpuszcza babkę, nierzadko jej przerywa i znów nawiązuje do tego, co już było. Czasami w jej głowie powstaje mętlik, mieszają się zdarzenia, fakty, daty, czasami oszukuje, zmyśla, dygresja goni dygresję, z pasją broni swego zdania. Czasami to Dehmel opowiada innym historie babci, która w ich oczach urosła do postaci żyjącej legendy. Więc czegóż tam nie ma: japoński szpieg, rakiety V1, V2, Żydzi, szach perski, getto, Julian Rogoziński, rodzina carska, ambasada w Belgii, trójkąty miłosne, prezydent Mościcki, dwór w Lisowie, dwór w Morawicy, Kielce, Warszawa, Łódź, Ukraina, Oliwa, jacyś obwiesie, zbuntowani chłopi, księża. „Narracja babcina wije się jak zielony groszek, wypuszczając coraz to nowe niespodziewane pędy chwytne”. I tymi pędami nas oplata, oswaja, wprowadza w klimat świata przeszłego, zastygłych gdzieś w głowie zdarzeń, niespodziewanych tragedii i radosnych początków.

Dehnel opiekuje się babcią, karmi, namawia do uczesania, spaceru, założenia pampersa, toczy z nią spory, szuka jej, gdy bez wiedzy kogokolwiek postanawia wyjść w miasto. Toczy z nią spory na dziwnym poziomie. Czasami zdumiewające przesadą /jak wtedy, gdy dowiadujemy się, że dwunastolatek nie czytał „Pożegnania jesieni”/, czasami żartobliwe, czasami całkiem odwrotnie, nad miarę poważne. Ale ta książka – na szczęście – nie będzie funkcjonować w naszej świadomości wyłącznie na poziomie opisu zdarzeń. Jest w niej coś znacznie więcej. I to właśnie jest w niej najbardziej zadziwiające. Jeśli wierzyć datom, Dehnel napisał ją mając dwadzieścia dwa lata. To wiek znakomity dla poetów, gorzej z prozą. Z reguły wiąże się ona z dyscypliną pozwalającą zapisać to, co przeżyte, doświadczone. A „Lala” jest w pewnym sensie metaforą polskich losów: tragicznych, śmiesznych, rozbuchanych, zaściankowych. Losów na poziomie mordu i bohaterstwa, komunistycznej brzydoty i tego, co wzniosłe, piękne w człowieku. Pełno tu typów charakterystycznych, jednoznacznych, pełno postaci zdumiewająco odważnych ale i konformistów.

Co więcej można tę książkę odczytać na wiele sposobów. Wcale nie będzie błędem czytanie jej jak romansidła /choć, jak rozumiem, autor wzdragałby się przed takim jej odebraniem/, można jak sagę rodzinną, można wreszcie jak zapis dojrzewania.

Widząc pozy, jakie Dehnel przyjmuje w telewizyjnym Łossskocie, z jaką łatwością feruje wyroki, powiem uczciwie, aż chciałoby się przyłożyć autorowi „Lali”. Ale… z dwoma wyjątkami, które w żaden sposób nie deprecjonują jej wartości, bo książka to piękna, nie ma za co. Pierwszy to dziwne rozchwianie kompozycyjne. Mniej więcej trzydzieści stron przed końcem, powieść zamienia się w reportaż. Tak jakby autor nie bardzo wiedział jak ją skończyć, jak wybrnąć z tego, co uczynił jej motywem. Drugi wyjątek: „Autor pragnie podziękować pani Mariannie Sokołowskiej za wyjątkowo uważną redakcję książki…” No i tu jest kłopot. Nie chcę się pastwić, warto może jednak czasami sięgnąć po słownik /str. 72, odmiana czasownika pielić/. Wstyd! I dla autora, i przede wszystkim dla redaktora.

Źródło "Wyspa" nr 1/2007
Komentarze czytelników
Dodaj własny komentarz
Niedziela, 23 Listopada, 2008 Jorg
Lala
Odpowiedz
Można na różne sposoby interpretować "Lalę", ale nie ulega wątpliwości, ze ten pamiętnikarski zapis nie broni się twórczo. Autor sięgnął do rodzinnych wspominek, nie troszcząc się o wykreowanie nowej rzeczywistości. Moim zdaniem, to pewna artystyczna klęska. Po "Lali" chcąc chyba nagonić nieprzyjemną aurę, autor wydał "Rynek w Smyrnie", co juz absolutnie wypadło poza estetykę "Lali", a było zbiorem szkiców. Ostatnio wykalkowany z Balzaka pomysł na minipowieści całkowicie położył prozę J. D. na łopatki. "Parcie na szkło" odbiło się czkawką. Tak bywa.
Wtorek, 18 Listopada, 2008 Marek P.
Lala
Odpowiedz
Przede wszystkim sama powieść jest beznadziejnie nudna i rozwlekła
Poniedziałek, 18 Czerwca, 2007 adr.
No brawo!
Odpowiedz
Cieszę się na głos p. Moniki, ponieważ autor artykułu, zamiast recenzować książkę, nie docenia pracy kapitalnej redaktor, natomiast administrator nie zamieszcza na stronie votum separatum, które czytamy w wersji papierowej Wyspy. Zapytuję więc: czy to, iż WH nie wymienia w recenzji błędu w wyrazie Japończycy na kartach "Lali" (nie pomnę ani na której stronie błąd ten wystąpił, ani gdzie w owym słowie pojawił się błąd, jednak taki z pewnością był), świadczy o tym, że wstydzić powinien się autor, redaktor czy recenzent?
Poniedziałek, 7 Kwietnia, 2008 Jeffersonsr
well done
Odpowiedz
favorited this one, brother
Piątek, 22 Czerwca, 2007 Redaktor wyspa@kwartalnik-wyspa.pl
No brawo!
Odpowiedz
Błąd w wyrazie \"Japończycy\" to typowy błąd korektorski, pojawiają sie takie w każdej ksiażce i dlatego autor recenzji się nim nie zajął. Natomiast dziekuję, że zauwazył pan brak mojego \"votum separatum\". Mała rzecz a cieszy. Z wyrazami sympatii i szacunku dla Pańskiej dociekliwości Marek Ławrynowicz
Sobota, 12 Maja, 2007 Monika Stankiewicz
A właśnie, że nie!
Odpowiedz
Forma "pieliła" weszła do słownika potocznego i jest akceptowana w polszczyźnie: vide głos M. Bańko z Poradni Językowej SJP (Słownika Języka Polskiego): http://slowniki.pwn.pl/poradnia/lista.php?id=2469
Dodaj własny komentarz
Pola oznaczone (*) są wymagane.
Imie / pseudo *
Tytuł *
Adres email
Strona Web /
GG / Skype
Komentarz*
Wpisz Kod *
Dodaj
 
Kanał RSS
Najczęściej komentowane
1. Jacek Dehnel "Lala"
2. Wesołe chłopaki
3. Euforia
4. Bronisław Wildstein "Dolina nicości" - kontrrecenzja
5. Ogólnopolski konkurs na esej
6. Czesław Miłosz "Wiersze ostatnie"
7. "wyspa-Kwartalnik Literacki" nr 4/2009
8. Co w numerze?
9. Jeszcze raz w Radio Kampus
10. Kino Szpak z autografem
Strony partnerskie
Crass Zbuntowane Życie Penny Rimbaud
Melanże z żyletką
Najlepsze przewodniki
No Future Book Śmierć Książki
Notes Wydawniczy
Rynek Książki
Witold Horwath
Wydawnictwo Jirafa Roja
Wydawnictwo Primavera
Xenna Moja Miłość
 
Creative
Commons License Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne 2.5 Polska
Analiza oglšdalności witryny © 2007 Biblioteka Analiz Sp. z o.o.
Serwis optymalizowany do 800x600+ | IE/Mozilla FF | kodowanie iso-8859-2