Co więc będzie z literaturą? Gazeta codzienna „Dziennik” rozpaliła na swoich łamach pożar dyskusji o tym, których pisarzy się przecenia, a których niedocenia, z kolei „Znak”, miesięcznik o wielkich zasługach, wydał numer monograficzny pod hasłem „Literatura i moralność; czy powieści uczą, jak żyć”, i tak go redakcyjnie przedstawia: „Talent dobrego prozaika potrafi na ogół więcej niż szkiełko i oko filozofa zgłębiającego najskrytsze motywacje życia praktycznego. Dlatego właśnie współcześni etycy coraz chętniej posługują się wybitnymi powieściami, by zgłębiać przygody ludzkiej wolności.” Spór o to, czy młodzi mają czytać Gombrowicza czy Dobraczyńskiego doprowadza do kryzysów rządowych. Przy tym wszystkim ogólnie czytelnictwo spada, a handel książkami ciągle jest bardzo dobrym biznesem. Szewcom nie wypada stawiać pytania – czy buty będą nadal potrzebne ludziom, może nie uchodzi więc i pisarzom pytać - co dalej z literaturą? Trzeba to pytanie stawiać wypada czy nie wypada. Chińskie tanie buty wykańczają cechy szewskie i europejski przemysł obuwniczy, Chińczycy zalewają rynki najtańszą odzieżą, zabawkami za bezcen, zupkami w torebkach, wypierają tradycyjnych producentów elektroniki i zastawy stołowej, przychodzi też kolej na samochody i firmy dla kin i TV. Wszystko potrafią zrobić szybciej, dokładniej, a w każdym razie dużo taniej. W nieodległej perspektywie czasowej Chińczycy będą produkować wszystko, budować na całym świecie domy, kościoły i więzienia do wynajęcia, transportować ludzi i towary chińskimi pociągami, samolotami i statkami. W kranach będzie woda z chińskich rzek, w dziurkach kontaktów chiński prąd, a w TV chińskie opery i chińskie zawracanie głowy.
Straszny wtedy będzie los europejskich producentów czegokolwiek – rolników, robotników czy menadżerów. Już teraz trzeba dla nich przygotować miejsca ratunkowe w elitach finansowych i twórczych. Oczywiście pewne grupy zajmą się dystrybucją chińskich towarów i usług, ale czy starczy dla wszystkich bezrobotnych miejsca za ladą i w kasie? Wiadomo, że nie. Co dla nas zostanie? – kawiarnia, spacer, bankomat, książka.
Tak, będziemy sobie siedzieć w chińskich kafejkach i w niespiesznych rozmowach będziemy krytykować jakość chińskich posiłków, usług i towarów. A gdy się nam to znudzi, pogadamy o polskiej i europejskiej literaturze. Nie wierzę bowiem, aby nam Pekin podesłał swoich Gombrowiczów i Dobraczyńskich.
Co więc będzie z literaturą? Będzie bardzo źle, bo to panna z dobrego domu wydana za chama, cwaniaka, erotomana, sutenera - czyli ożeniona z wolnym rynkiem. Będzie dobrze, bo ignorując rynkowe speluny „Duch wieje, kędy chce” - literackie talenty przychodzą, nawiedzają dusze. Wystarczy czytać „Wyspę” czy „Lampę” aby się o tym przekonać. Źle jednak będzie z literaturą, bo nie może ona liczyć na nijaką pomoc od mecenasa państwowego czy społecznego. A temu winni filozofowie. Ledwie bowiem pojawią się jakie dotacje, stypendia, zasiłki - już wystartują do nich cyniczni cwaniacy bez talentu, sprytni grafomani i szczwane szczury wyścigowe. Gdyby ocalały kryteria, można by te szumowiny odsunąć mówiąc – z drogi, pomoc jest dla literatury, nie dla śmieci. Filozofowie dopuścili jednak do tego, że postmodernizm sam nie istniejąc, pociągnął jednak w niebyt systemy oceny, świat wartości, obśmiał autorytety. Teraz, gdy już się wietrzy lokale po postmodernizmie, kryteria wcale nie tak łatwo odbudować. Z literaturą nie będzie jednak źle, będzie zdecydowanie dobrze, póki w drugim programie radia Iwona Smolka namawia do rozmowy o literaturze Tomasza Burka i Piotra Matywieckiego. Nawet ten, kto ich słucha, nie zawsze sobie zdaje sprawę z tego, jaka to jakość widzenia spraw świata i literatury, jaka kultura rozmowy, giętkość języka, przenikliwość krytyczna, dyscyplina intelektualna. Kto nie słucha, sam sobie winien, nie mam dla niego litości. Nasz sobotni „Tygodnik Literacki” można w pełni ocenić słuchając we francuskiej TV dysput o książkach - wielogodzinnych, celebrowanych i pompowanych snobizmami. Francuzi są barwni, światowi, świetni, błyskotliwi, ale polska trojka wyprzedza ich w cuglach. Będzie też dobrze w literaturze naszej ojczystej, bo drukują moje pisanie w „Wyspie”, a ja tu mogę przypominać o książkach pisarzy, o których zawodowym krytykom pisać jakoś hadko, bo to ani genialne nastolatki, ani kanapiarze z tego czy innego salonu. Oto pisarze, oto książki. Tom „Akt oskarżenia” Bohdana „Rotmistrza” Królikowskiego to dobrej próby realistyczna literatura historyczna - trzy wielkie opowiadania o żołnierskich losach - czytałem je jeszcze z dyskietki, teraz starannie wydane przez wydawnictwo KUL. Pisarskie rzemiosło na mistrzowskim poziomie, sienkiewiczowski duch i rozpęd, powściągliwy i gorzki patriotyzm. Pióro równie sprawne w batalistyce, w stylizacji dialogów, w refleksji autorskiej. Dobrze by się stało, aby ta książka trafiła do widzów filmu o Katyniu. Wizje Andrzeja Wajdy i epika Bohdana Królikowskiego wspierają się, dialogują, uzupełniają. Druga książka – niby też realistyczna, bogata w szczegóły obyczajowe, niby też historyczna, staranna, drobiazgowa w kostiumie i scenografii, oparta na faktach - ale jakże inna. Marek Sołtysik, pisarz i malarz krakowski, outsider tak fundamentalny, że uznany ostatnio za zmarłego przez krakowski oddział SPP, okazał się w „Legowisku szakali” mistrzem pastiszu. Tłem jego opowieści jest aktualny w swej tragicznej wymowie proces pisarza i filozofa Stanisława Brzozowskiego oskarżonego o współpracę z carską Ochraną, bohaterką jest kobieta fatalna, piękna studentka medycyny oskarżona o zamordowanie kochanka. Kraków i Lwów okresu moderny. Spiskująca Warszawa. Sale sądowe, hrabiowskie salony, podejrzane hoteliki, alejki Plant. Romans kryminalny czy parodia sensacyjnej powieści? Proza gorączkowa, z linijki na linijkę przeskakująca od naturalizmu, od wulgarności nawet, w wyszukane metafory, niespodziewane poetyczności. A spoza tej gonitwy słów, zdarzeń, nastrojów powraca nieustanne pytanie o sens, o los. Czy mam wyznać, że wolę w tej książce historyczne tło od skandalizującego potoku przypadków? – Wolałbym szerzej pomówić o książkach Sołtysika i Królikowskiego przy kawie, w spokojnej kawiarni. Może niedługo, a może dopiero wtedy, gdy będziemy mieli czasu co niemiara, bo wszelką produkcją zajmą się Chińczycy.
Całość tekstu w papierowym wydaniu "Wyspy".
|