Zapiski amerykańskie Piątek, 12 Grudnia, 2008
Ludmiła Marjańska
  Ku mojemu zdumieniu widzę wijącą się przed wejściem kolejkę elegancko ubranych gości, oczekujących na otwarcie. Jak to, kolejka w Ameryce? Wstyd mi, ale nie potrafię powiedzieć, co było na salach wystawowych. Jak przez mgłę pamiętam stare portrety, starą porcelanę i wspaniałe meble z epoki. Pamiętam też ubogie wyrko robotnika farmerskiego i jego narzędzia pracy, co jawi mi się jako czysty socrealizm.

Libbie, czyli historia Marylandu

Baltimore. Wsiadam do jednej z żółtych taksówek stojących tuż za dworcem autobusowym i podaję nazwę ulicy:
- Charles Street, please.
Kierowca odwraca ku mnie czekoladową, pełną twarz.
- What? – To raczej gardłowe szczeknięcie niż pytanie.

Powtarzam swoim wyuczonym angielskim: cz, lekko przedłużona głoska a, zgrabnie połknięte r:
– Charles Street.
Patrzy na mnie, już nieco zniecierpliwiony. Raczej się domyślam z jego tonu niż rozumiem coś z gardłowego akcentu:
- Do you know a bit of English?
- I thought I do.

W końcu uczę się angielskiego od siedemnastego roku życia, w biurze handlu zagranicznego prowadziłam korespondencję w tym języku, skończyłam studia na Uniwersytecie Warszawskim i przygotowując pracę magisterską spędziłam blisko rok w Seattle w stanie Washington.

Coraz bardziej zirytowany taksówkarz wyciąga kartkę i długopis. I również bardziej z tego gestu niż z tego, co mówi swoim południowym akcentem urodzonego Wirgińczyka, domyślam się, że to oznacza:
- You better put it down.
Czyta i nareszcie rozumie.
- Aa – mówi. – Czools strit.
Pokonana, kiwam tylko głową.

Najważniejsze, że jednak zawozi mnie na ulicę Karola, do domu kolejnej wolontariuszki, która chce mnie gościć przez kilka dni w Baltimore.

Libbie jest uroczą, kruchą panią o śladach niewątpliwej urody i oczach koloru laskowego orzecha (hazel eyes). Mimo pozorów delikatności, jest w arystokratyczny sposób władcza i narzucająca swoją wolę.

Mieszka w piętrowym domu, pełnym antyków i cennych drobiazgów, zabezpieczona skomplikowanym systemem alarmowym. W ogrodzie pielęgnuje kwiaty i krzewy, do specjalnego poidła zlatują się czerwone kardynały, płoszone z wielkim zapałem przez podstarzałego, cuchnącego, czarnego pudla. Wieczorne obiady jemy na werandzie, używając sreber i porcelanowej zastawy, rozmawiamy wyłącznie o rzeczach przyjemnych. Polityka nie ma tu wstępu, świat jakby się zatrzymał w jakiejś epoce historycznej, która tu istnieje zachowana pod kruchym szkłem.

Muszę pokonać pewne opory, żeby tę delikatną kobietę nazywać zabawnym zdrobnieniem Libbie, zamiast godnego Elizabeth.

Libbie należy do Historycznego Towarzystwa Marylandu, poważnej instytucji, która opiekuje się cennymi zabytkami Baltimore i okolicy, a od czasu do czasu urządza wystawy ukazujące świetność tego regionu. Nadchodzi właśnie zaproszenie na jedną z takich wystaw, związaną z dwustuleciem Stanów Zjednoczonych, a zatytułowaną „Jak żyliśmy w stanie Maryland w osiemnastym wieku”.

Kojarzy mi się to natychmiast z jednym z programów krakowskiej Piwnicy Pod Baranami: „Jak żyliśmy, jak żyjemy i jak urządzimy nasze mieszkania”. No cóż, na pewno ani tak nie żyliśmy, ani nasze mieszkania nie będą tak urządzone, jak osiemnastowieczne domostwa baltimorczyków, których nazwiska do dzisiaj widnieją w Błękitnej Księdze Towarzyskiej.

Jedziemy oczywiście samochodem, Libbie parkuje swojego błękitnego forda i podchodzimy pod gmach muzeum. Ku mojemu zdumieniu widzę wijącą się przed wejściem kolejkę elegancko ubranych gości, oczekujących na otwarcie. Jak to, kolejka w Ameryce? Wstyd mi, ale nie potrafię powiedzieć, co było na salach wystawowych. Jak przez mgłę pamiętam stare portrety, starą porcelanę i wspaniałe meble z epoki. Pamiętam też ubogie wyrko robotnika farmerskiego i jego narzędzia pracy, co jawi mi się jako czysty socrealizm.

Niezmiernie żywo widzę natomiast tamten przedziwny ogonek oczekujących przed muzeum. Stoję wśród panów, wyglądających jak zasuszone okazy owadów, sterczące wąsiki zwiększają jeszcze podobieństwo, a szeleszczące szepty przypominają pocieranie łapek pasikonika, piskliwe tony prymitywnych skrzypeczków. Panie, wbrew naturze, która nie obdarza samiczek ptasich kolorowym upierzeniem, są strojne, niezmiernie barwne, pyszniące się wachlarzami z pawich ogonów i strusimi egretami. Chwilami zaś, gdy chcą wypowiedzieć coś specjalnie uroczystego, wydymają policzki w sposób nieodparcie przypominający ropuchy w zalotach.

Libbie w seledynowym szalu wygląda przy nich jak przejrzysta ważka, unosząca się w powietrzu, zdziwiona, że zamiast czystego jeziora widzi przed sobą zamulony, skrzekliwy staw. Nie próbuje dostosować się do otoczenia, frunie lekko przez tłum, dumna, pewna swojej wyjątkowości, ciągnąc za sobą, jak niezdarny odwłok, speszoną cudzoziemkę.

Kiedy wreszcie drzwi muzeum otwierają się i kolorowy ogon zaczyna się powoli wsuwać do holu, witają go sztywne manekiny w osiemnastowiecznych strojach i butelki szampana. Na stołach czerwienią się ogromne kalifornijskie truskawki, które dla wielu dystyngowanych owadów stanowią większy magnes niż sama wystawa. Fruną więc z brzękiem do stołów, gdzie zaczynają sączyć pieniący się szampan i wgryzać się w miąższ soczystych owoców, zapominając o arystokratycznych manierach. Wernisaże, jak widać, wszędzie mają podobny przebieg.

Z ram tradycyjnego portretu spogląda na to z pewną pogardą pierwszy gubernator stanu Maryland, lord Calvert. To on właśnie, w marcu 1634 roku, wpłynął na „Gołębicy”, angielskim żaglowcu, do ujścia rzeki Potomak, żeby objąć w posiadanie przyrzeczoną mu przez króla Karola ziemię. To on, lord Calvert, zszedł na ląd, żeby porozumieć się z wodzem tutejszych Indian i uzyskać jego zgodę na osiedlenie. Indiańska wioska Yeocomico otrzymała wówczas nazwę Saint Mary, i tak narodziła się kraina Marii, Maryland. Do tej kolebki jednego ze stanów, zamiast bosych i utrudzonych pielgrzymów, ściągają dziś zradiofonizowane i klimatyzowane autokary.

Takim też autokarem wybieram się później z Libbie na „Pielgrzymkę po domach i ogrodach”, organizowaną tym razem przez Stowarzyszenie Kolonialnych Dam Amerykańskich. Tak, potomkinie dam z epoki kolonialnej kultywują stare tradycje i nadal są potęgą.

1974

Pielgrzymka po domach i ogrodach – nieoczekiwane spotkanie

Wyruszamy z Baltimore w ulewnym deszczu i po trzech godzinach jazdy osiągamy pierwszy cel wycieczki, posiadłość Bellefields. Jest to wciąż zamieszkałe miejsce, które udostępnia się zwiedzającym w tak zwane „otwarte dni”. Brzydki budynek zatopiony we wspaniałej zieleni. Nie zdejmując przeciwdeszczowych peleryn i kaloszy, przebiegamy kilka parterowych pokoi wypełnionych rodzinnymi pamiątkami. Kilku paniom udaje się jeszcze zwiedzić łazienkę, i oto znów siedzimy w autokarze, dążąc do Sotterly.

Ta posiadłość, dzięki powtórnemu małżeństwu jednej z owdowiałych pań Satterlee, stała się własnością rodziny Platerów. Wjeżdżamy na plantację. U wjazdu taplają się w błocie prosiaki, nieco dalej, na łące, pasą się piękne wierzchowce. Po deszczu wszystko jeszcze mokre. Plantacja ponoć tytoniowa, ale daremnie szukam wzrokiem girland tytoniowych liści, suszących się w słońcu. Ten widok będzie więc nadal przypominał mi wioski Macedonii.

Przed nami biały, piętrowy dom, przecięty poziomą linią, nadającą mu lekkość i wdzięk. Dokoła wysokie wiązy. Na tyłach domu, na ogromnej werandzie zasiadamy do przywiezionego ze sobą lunchu. Nie wiem, co jem, zachwycona widokiem rozległej murawy, spadającej w dół, ku rozlewistej, szerokiej rzece, prześwitującej spoza drzew, rzece o indiańskiej nazwie Patuxent. Płynie równolegle do Potomaku, wcinając się w ląd tysiącem zatoczek, nad którymi przysiadły farmy i plantacje, podobne do Sotterly.

Zanim wejdziemy do domu, pędzę zwiedzić położone wokół budyneczki: niezwykłą, pachnącą szynką wędzarnię, dawną stodołę, zamienioną na muzeum nieużywanych już w polu narzędzi, stare, zabawne ubikacje dla służby.

Kiedy wracam, okazuje się, że zwiedzający ruszyli już do ataku na dom. Pełno ich w salonie, oświetlonym przez świece w srebrnych kandelabrach, pełno w gabinecie, wyciszonym drewnianą boazerią, pełno na chippendalowskich schodach, którymi płyną w górę.

- Here you are – mówi z wyrzutem Libbie. – Widziałaś już pokoje na piętrze?

Nie widziałam, wspinamy się więc na górę i wchodzimy do pokoju, który okazuje się jedną z sypialni. Kominek, staroświeckie meble, szerokie łoże, a obok marmurowy blat umywalki, porcelanowa miednica i dzbanek na wodę, niemal takie same, jakie stały w mieszkaniu mojej babci na Pomorzu. Powiew starego kraju! Opadają mnie sentymentalne wspomnienia z dzieciństwa, przenoszę się w przeszłość i, oparta o kominek, bezmyślnie patrzę na stojącą tam fotografię. Osoba z fotografii czy sama fotografia wydaje mi się dziwnie znajoma.

- Ależ to Emilia Plater! – wykrzykuję do Libbie.

Biedaczka, nie może pojąć, co mi się stało, dlaczego jestem nagle taka podniecona, dlaczego mówię do niej w moim dziwnym języku. Wracam więc do angielskiego i opowiadam jej romantyczną legendę bohaterskiej Polki, opisaną w jednym z najbardziej chyba znanych wierszy Mickiewicza. W zapale zaczynam nawet recytować po polsku:

W głuchej puszczy, przed chatą leśnika.
Rota strzelców stanęła zielona…

- Wait, wait – woła rozbawiona i najwidoczniej przejęta Libbie, biegnąc za przewodniczką. Szepce jej coś konfidencjonalnie i oto, ku mojemu zaskoczeniu, zostaję przedstawiona amerykańskim „pielgrzymom” jako egzotyczny przybysz z innego świata, w którym niegdyś, przed laty, żyła także ta oto kobieta z fotografii, stojącej na kominku.

Przewodniczka uzupełnia tę wiadomość informacją, że „ten wyjątkowy gość znalazł się wśród nas dzięki gościnności Madame Elizabeth So-and-so”. Rozpromieniona Libbie schyla głowę w ukłonie, z uśmiechem odmładzającym ją co najmniej o trzydzieści lat, najwyraźniej rada, że jej towarzyszka okazuje się urozmaiceniem wycieczki.

I oto opowiadam historię Emilii Plater, której zdjęcie teraz wszyscy podziwiają, a która zapewne była bliską krewną – może siostrą? – owego George’a Platera, żonatego z panią Satterlee. Słyszę wokół szepty: „Plejter, Emily Plejter”.

Nieudolnie tłumaczę treść wiersza Mickiewicza, wyjaśniając, że „Mickiewicz wielkim poetą był”, nie starcza mi jednak czasu na wyjaśnienia historycznych wydarzeń, związanych z Emilią Plater. Puchnę przy tym z narodowej dumy, że choć na chwilę zdołałam odwrócić uwagę Kolonialnych Dam i Dżentelmenów od tej arystokratycznej, nieprzyzwoicie bogatej posiadłości i skierować ją ku skromnej chacie leśnika.

Wydaje mi się, że dzięki melodii polskiego języka, tu, nad rozlewną rzeką Patuxent, zaszumiała przez chwilę słowiańska puszcza, że moje opowiadanie przywołało tym Amerykanom przed oczy coś, co dla nich dotychczas nie istniało (bo przecież rzeczy nienazwane nie istnieją).

Ale już po chwili uwagę zwiedzających przyciąga zegar na kominku i jego wskazówka przebija mój nadmuchany balonik pychy.

Czy ktokolwiek z tego towarzystwa, nie wyłączając Libbie, pojmie, kim była Emilia Plater, na czym polegało jej bohaterstwo, i o co w ogóle jej chodziło?

Wychodzę z domu, w którym nieoczekiwanie spotkałam bohaterkę wiersza Mickiewicza, z domu, gdzie mieszkał kiedyś jakiś Polak, Jerzy Plater. Z ogrodu schodzę znów ku rzece Patuxent, aby podziwiać jej wielkość i płynność, ucząc się od niej skromności. Rzeki bowiem są wszędzie, jak czas, który ożywił na chwilę dawno zmarłą dziewczynę, przynosząc jej pamięć tutaj, żeby dała świadectwo różnorodności świata i sensowi pojedynczego istnienia.

Całość tekstu w papierowym wydaniu „Wyspy”.

Źródło "Wyspa" nr 8/2008
Komentarze czytelników
Dodaj własny komentarz
Brak komentarzy. Twój może być pierwszy!
Dodaj własny komentarz
Pola oznaczone (*) są wymagane.
Imie / pseudo *
Tytuł *
Adres email
Strona Web /
GG / Skype
Komentarz*
Wpisz Kod *
Dodaj
 
Kanał RSS
Najczęściej komentowane
1. Jacek Dehnel "Lala"
2. Wesołe chłopaki
3. Euforia
4. Bronisław Wildstein "Dolina nicości" - kontrrecenzja
5. Ogólnopolski konkurs na esej
6. Czesław Miłosz "Wiersze ostatnie"
7. "wyspa-Kwartalnik Literacki" nr 4/2009
8. Co w numerze?
9. Jeszcze raz w Radio Kampus
10. Kino Szpak z autografem
Strony partnerskie
Crass Zbuntowane Życie Penny Rimbaud
Melanże z żyletką
Najlepsze przewodniki
No Future Book Śmierć Książki
Notes Wydawniczy
Rynek Książki
Witold Horwath
Wydawnictwo Jirafa Roja
Wydawnictwo Primavera
Xenna Moja Miłość
 
Creative
Commons License Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne 2.5 Polska
Analiza oglšdalności witryny © 2007 Biblioteka Analiz Sp. z o.o.
Serwis optymalizowany do 800x600+ | IE/Mozilla FF | kodowanie iso-8859-2