Ulica ibn Aiszy Piątek, 6 Czerwca, 2008
Krzysztof Zadros
  Wtym mieście trudno było kupić jakikolwiek alkohol. Za to haszysz — bez problemu. Po ulicach kręciło się mnóstwo szemranych gości, którzy udawali, że chcą nam sprzedać orzeszki ziemne albo wyczyścić buty, a gdy znaleźli się bliżej, kusząco szeptali do ucha: hashisz, hashisz. Tak, paliłem kiedyś to gówno, szczerze mówiąc nawet ostro ciągnąłem, ale to było dawno, potem mi się znudziło. A alkohol jakoś do tej pory nie.

Na północy kraju, bliżej morza, było lepiej. Też krzywo patrzyli na chlanie, ale jak się umiejętnie zagadało zkelnerem, to można było dostać wszystko. Wino, whisky, browar, co chciałeś. Tyle że musieliśmy sobie polewać pod stołem, żeby nie wkurzać pobożnych muzułmanów. Ale tutaj — zero, po prostu mogiła. Gdyby Geoffrey Firmin był konsulem nie w Quauhnahuac, czy gdzie to tam było, ale w Maroku, akonkretnie — w Marrakeszu, miałby poważny problem. My też mieliśmy. Wtamtych czasach piliśmy zIwoną właściwie codziennie, podobnie zresztą jak teraz. Byliśmy uzależnieni,bez dwóch zdań, jak większość ludzi w naszym porypanym kraju. Całymi dniami harowaliśmy jak głupi wjakichś zafajdanych firmach izarabialiśmy pieniądze.Na dom,na rodzinę,na to,żeby móc mieć dzieci iżeby te dzieci mogły kiedyś pójść do dobrych,prywatnych szkół.Żeby zapewnić sobie spokojną i świetlaną przyszłość. Żeby ludzie nas kochali i szanowali. Zresztą nie wiem. Po prostu robiliśmy to, co wszyscy. A wieczorami upijaliśmy się, by o tym zapomnieć. Nie dało się inaczej.

Wiedzieliśmy, że kiedyś stracimy nasze prace, bo na tym świecie wszystko się wcześniej czy później traci. Któregoś dnia przypomnieliśmy sobie, jaką wspaniałą instytucją jest płatny urlop. Że możemy wyjechać i byczyć się przez kilka tygodni, a przez cały ten czas ktoś nam będzie wpłacał pieniądze na konto.Postanowiliśmy to wykorzystać,póki jeszcze mogliśmy.

Kiedy powiedziałem swojemu szefowi, że chcę wziąć cały urlop na raz, popatrzył na mnie, jakbym mu oświadczył, że zamierzam wysadzić w powietrze warszawską giełdę. Cały świat tego człowieka stanął nagle wobliczu nowego,nieznanego zagrożenia,widziałem to w jego oczach. Synu, fakt, że komuś przysługuje urlop, nie oznacza jeszcze, że należy go wykorzystywać, mówiło mi jego spojrzenie. Zrozumiałem, że popełniłem wielkie faux pas. Podpisał podanie, ale byłem pewien, że mnie po powrocie wyleje. I tak właśnie miało się stać, choć wtedy, w Marrakeszu, nie mogłem jeszcze tego wiedzieć na pewno. Zresztą, nie myślałem tam o tym. Miałem inne problemy. Chciałem się napić, a nie bardzo było co. Suszyło mnie jak diabli, szczerze mówiąc rozważałem nawet, czy by z tego powodu nie wrócić na północ.Ale wstyd mi było przyznać się do tych myśli Iwonie. Ten wyjazd to miał być nasz odwyk.

Mieszkaliśmy wtanim hotelu wstarej części miasta,przy placu Dżemaa el–Fna.Pokój był w porządku. Rzadko z niego wychodziliśmy, przynajmniej za dnia, bo na zewnątrz było za gorąco.Przeważnie spędzaliśmy czas leżąc włóżku, leżąc igapiąc się wsufit.Czasem się pieprzyliśmy. Z początku wydawało mi się, że w takim upale nie dam rady tego robić. Trudność sprawiało mi nawet poruszanie powiekami, a co dopiero czym innym. Miałem ochotę tylko leżeć w wyrze i dyszeć.I to właśnie robiłem. Ale po kilku dniach, kiedy organizm się trochę przyzwyczaił i przestał wariować, przemogłem się w końcu i zabrałem do rzeczy. No i okazało się, że jest super. Te słone krople ściekające z nagrzanych ciał,te wonie, mokre, zrolowane prześcieradła.Człowiek ma przez to wszystko wrażenie, jakby unosił się wwodach płodowych.Ato tylko jego własny pot.Pierwsza klasa. Ajeśli uda się zaszczytować przy muezzinie,to już wogóle. Nam się udało. Przypadkiem. Byliśmy na finiszu,kiedy zaczął śpiewać.Wzywał wiernych na którąś z pięciu obowiązkowych modlitw, drugą czy trzecią, nigdy nie zdołałem się w tym do końca połapać. Gdy tylko usłyszeliśmy jego przeciągły śpiew, oboje mieliśmy fantastyczny orgazm.Ktoś może pomyśleć, że bluźnię, ale nie o to mi chodzi. Po prostu było nam fajnie. Czułem się, jak w jakimś muzułmańskim raju, czy w czymś takim. Ale to trwało tylko chwilę.

Potem długo odpoczywaliśmy. Iwona leżała na łóżku, naga, z szeroko rozrzuconymi nogami i wachlowała się jakąś starą, arabską gazetą zostawioną tu przez któregoś z poprzednich mieszkańców. Ja chłodziłem tyłek o zimne kafelki podłogi i paliłem papierosa. Było cholernie gorąco, jak zwykle.Zaczynała się pora sjesty,każdy normalny Marokaniec kombinował już, gdzie by tu uderzyć w kimono, żeby przeczekać najgorszy upał. Tylko zaklinacze węży z Dżemaa el–Fna nigdy nie robili sobie przerw. Jazgot ich piszczałek dochodził do naszego pokoju przez okrągłą dobę.

Nie mieliśmy pojęcia, co robić.

— O rany. Ale bym się napiła zimnego piwa — odezwała się Iwona.
— Piwa? Daj spokój. Przecież wczoraj chlaliśmy wino.

Faktycznie, chlaliśmy. Wypiliśmy po litrowej butelce miejscowego wińska „Maghrebi” na głowę. Było ohydne i przez całą noc rzygaliśmy jak koty. Kupiliśmy je w jednym ze sklepów na ulicy ibn Aiszy.To było jedyne miejsce wmieście,gdzie sprzedawali alkohol. Tak przynajmniej napisali wturystycznym przewodniku.No,były jeszcze bary wdrogich hotelach i ekskluzywne nocne kluby, taa, w nich pewnie można było dostać wszystko, ale to nie na naszą kieszeń. Nam pozostawała ulica ibn Aiszy. Mieściła się w nowej części miasta, jakieś cztery kilometry od naszego hotelu. Kawał drogi. Jechaliśmy w obie strony taksówką,bo jakoś nie udało się nam rozszyfrować systemu kursowania tutejszych autobusów. Rozkłady jazdy były wyłącznie po arabsku. Na tę taryfę wydaliśmy fortunę. A kasy mieliśmy coraz mniej.

— No to co?
— Co: no to co? — zapytałem, bo straciłem wątek.
— No to co, że piliśmy wczoraj wino?
— To, że mieliśmy sobie zrobić odwyk.
— Daj spokój. Przecież mówię tylko o piwie. Co lepiej gasi pragnienie w taki upał? — Pragnienie. Po prostu brakuje ci codziennej dawki alkoholu we krwi.

Skiepowałem papierosa i sięgnąłem po następnego do leżącej na stoliku paczki. Zauważyłem jakiś ruch wzakratowanym oknie bez szyby.Wszparze między czerwoną zasłonką a futryną ujrzałem czyjeś oko. Czarne jak chrześcijańskie piekło. Popatrzyło na mnie i zniknęło. Pomyślałem, że to pewnie ten onanista. Przyuważyłem go już kilka razy.Był mały ijakiś taki pokurczony.Kręcił się tu izaglądał ludziom wokna. Z początku podejrzewałem, że to złodziej, ale potem się zorientowałem, że facet po prostu ślini się na widok białych turystek w negliżu. Zobaczyć kawałek nagiego, kobiecego ciała to dla tych Marokańców więcej, niż ujrzeć Allacha we własnej osobie. Na widok odkrytych ramion staje im tak, że muszą przysiąść. Co się dziwić. Ich kobiety, zakutane od stóp do głów w luźne szatki, pokazują im tylko pomalowane henną dłonie i oczy. I to ma biedakom wystarczyć? Spojrzałem na swoją żonę, całkiem nagą i bezwstydnie rozwaloną na łóżku. No, to mu się trafiła gratka. Pewnie teraz pobiegł sobie strzepać. I dobrze. Niech chłopak też ma coś z życia.

— No i co? — zapytała Iwona nie zmieniając pozycji.
— Idziemy po to piwo?
— Zwariowałaś? Gdzie tutaj chcesz kupić piwo?
— Jak to: gdzie? Na ulicy ibn Aiszy.

Całość tekstu w papierowym wydaniu "Wyspy".

 

Źródło "Wyspa" nr 6/2008
Komentarze czytelników
Dodaj własny komentarz
Wtorek, 17 Czerwca, 2008 bumerang Qantas69@wp.pl
Odpowedz
Odpowiedz
Opowiadanie swetne,to jak by wyrwane z mojego zycia,ja ne palilem zanych wynalaskow,pilem na umor.
Dodaj własny komentarz
Pola oznaczone (*) są wymagane.
Imie / pseudo *
Tytuł *
Adres email
Strona Web /
GG / Skype
Komentarz*
Wpisz Kod *
Dodaj
 
Kanał RSS
Najczęściej komentowane
1. Jacek Dehnel "Lala"
2. Wesołe chłopaki
3. Euforia
4. Bronisław Wildstein "Dolina nicości" - kontrrecenzja
5. Ogólnopolski konkurs na esej
6. Czesław Miłosz "Wiersze ostatnie"
7. "wyspa-Kwartalnik Literacki" nr 4/2009
8. Co w numerze?
9. Jeszcze raz w Radio Kampus
10. Kino Szpak z autografem
Strony partnerskie
Crass Zbuntowane Życie Penny Rimbaud
Melanże z żyletką
Najlepsze przewodniki
No Future Book Śmierć Książki
Notes Wydawniczy
Rynek Książki
Witold Horwath
Wydawnictwo Jirafa Roja
Wydawnictwo Primavera
Xenna Moja Miłość
 
Creative
Commons License Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne 2.5 Polska
Analiza oglšdalności witryny © 2007 Biblioteka Analiz Sp. z o.o.
Serwis optymalizowany do 800x600+ | IE/Mozilla FF | kodowanie iso-8859-2