Oderwał wzrok od morza. Powietrze zrobiło się nieco chłodniejsze, ale wciąż było duszne bardzo. Jeszcze świeciło słońce bez blasku, a już księżyc wschodził na niebie matowy. Gdzieś daleko zadudnił grzmot. „Jesteście dziwnymi ludźmi, wy przybysze z kraju” powiedział do Piotra trochę zaczepnie. „Wtrącacie się w sprawy, w które nie należy się wtrącać, odgrzebujecie to, co nie należy odgrzebywać, żyjecie dniem wczorajszym”, „Przepraszam, ale nie wiem, o czym mówisz” powiedział na to Piotr, „Och, drobiazg. Wracam zawsze do rozmowy w punkcie, w którym została kiedyś przerwana. Wymówki nie adresowałem specjalnie do ciebie. U ciebie zresztą to skłonność zawodowa, zrozumiała. To rozgrzebywanie. Ale u innych. Pomyśl, czym wy w kraju żyjecie? Przetrawiacie po raz setny własne klęski i zdrady sprzymierzeńców, pomyłki przywódców, konsekwencje fatalnego położenia geograficznego, żarłoczności sąsiadów, narodowej niemożności i słomianych zrywów. I tak dalej, i tak dalej. A świat idzie swoją drogą i nic go to nie obchodzi. Umierają narody, giną cywilizacje, kultury są wypalane żelazem. Historia zawsze była pobojowiskiem i nigdy nie znała litości. Wszystko przemieszcza się z miejsca na miejsce, a wy zapatrzeni w przeszłość wciąż przetrawiacie to, co byłoby gdyby było...”.
Umilkł. Piotr przypatrywał mu się w lekkim rozbawionym zdziwieniu: „Ty tak wcale nie myślisz. Nie wierzę. Nie mogłeś się aż tak zmienić...”. A on myślał: „Rzeczywiście, co ja mówię! Przecież nie mówię wcale tego, co chcę”. Bo w istocie zawsze myślał, że skoro się było świadkiem, to żeby nie zatracić człowieczeństwa trzeba świadczyć dalej, obojętnie czy jest się słuchanym przez innych czy nie, nic nie usprawiedliwia milczenia. Teraz jednak myślał przede wszystkim o Katarzynie, właśnie o Katarzynie, i o tym, że nie myślał o niej tak dawno już, iż w końcu wydawało mu się, że umarła, wystarczyło natomiast jedno zdanie, jedno słowo Piotra, aby znowu ożyła, ucieleśniła się (przyodziała się w ciało), aby znowu tamte lata, jak hałda zmarzniętej ziemi, odtajały, poruszyły się i poczęły obsuwać się po stromym stoku, grożąc mu przygnieceniem i zmiażdżeniem. Nagle zapragnął wziąć ją w ramiona. Jak nigdy dotąd zapragnął usłyszeć jej głos, pogrążyć wzrok w jej oczach, zobaczyć w nich ten znajomy błysk, który go zawsze fascynował, nawet gdyby to miał być teraz błysk nienawiści, otrzymać od niej przebaczenie i przebaczyć samemu sobie, ale gdzie miał się zwrócić? Piotr wciąż milczał i mu się przypatrywał, coś było w jego wzroku, jakaś szczególna myśl i wahanie, czy mu coś może zawierzyć. W dali po raz drugi przetoczył się grzmot, wpierw huk jakby samolot przekroczył barierę dźwięku, potem przeciągłe dudnienie. I powietrze tężało. Na pobladłym, zmatowiałym niebie znowu strzeliła błyskawica. Na ukos przeciął je elektryczny błysk, srebrny a może złoty. I wtedy na moment zobaczył z bliska twarz podobną do twarzy Katarzyny. Tak mu się zdawało. To była dziewczyna, która nie wiadomo kiedy usiadła z chłopcem przy stoliku obok, na którym stały nie sprzątnięte jeszcze naczynia po winie po poprzednich gościach i spoglądała w ich stronę nieuważnie, ale jednak na niego; może było to zwykłe przywidzenie, a może jego oczy wyostrzone podnieceniem wspomnienia patrzyły gdzieś w głąb czasu i wydzierały z posępnej ciemności to, co zdawało się starte już na zawsze i ostatecznie z pamięci. Błyskawica znowu oświetliła na krótko jej twarz. I zaraz, jakby na przekór, zamiast Katarzyny, ukazała się Róża. I ściany pokoiku, który zajmował po wyjściu z więzienia. Białe, surowe i zimne. Widoczek Tatr na jednej, stara mapa kraju na drugiej, nic więcej. Budził się na łóżku w zmiętym ubraniu, słysząc martwą ciszę w przedpokoju, potem szelest kroków, przekręcanie klucza w zamku, skrzyp przykry drzwi wwiercający się w mózg i jak Róża mówiła, pochylając się nad łóżkiem nisko: „Znowu wróciłeś o świcie. Musisz się z tego dźwignąć. Rozmawiałam z ojcem. Daje nam mieszkanie i trochę pieniędzy. Najlepiej – mówi – żebyśmy się jak najprędzej pobrali. Musisz się doprowadzić do porządku. Tak nie wolno. Nie jesteś jedynym w podobnej sytuacji. Nie można ciągle żyć w cieniu własnej martyrologii. Nie ty jeden siedziałeś, nie tobie jednemu prali mózg i miałeś przerwę w życiorysie. Teraz partia się oczyszcza, wszystko się zmieni na lepsze, zobaczysz” i zamykał jej usta ustami, bo tylko jej zręczne ciało miało jakieś znaczenie, reszta była niepotrzebna, nawet wroga, jej pewności siebie, zdecydowania i rezonerstwa już wtedy nie mógł znieść, więc przyciągnął ją z pragnieniem, które nie było pragnieniem, a rozpaczą. I znowu zaczynało się to zapadanie w miękkiej udręce, w milczeniu, z ciężarem wyrzutów sumienia i nienawistnych zarzutów, z przeszywającym uczuciem strachu i wstrętu do samego siebie, zapadanie w głąb tej żywej gorącej materii, która była obca, przenikanie aż do końca głębi, aż do uczucia przesilenia, nawet posiadania, jednakże bez wzajemnego oddania. Ale właśnie upił wina ze szklanki, wydało się skwaśniałe, może to sprawiła nagła zmiana ciśnienia i nadciągająca burza, a może miał już dość. Skrzywił się, wylał resztę na żwir i skinął na kelnera. Ten bez pytania przyniósł nową butelkę i postawił na stole. To była już trzecia albo czwarta tego dnia, a może piąta. Piotr mówił teraz o emigracji i celach, jakie stają przed ludźmi, którzy zdecydowali się nie wracać do kraju. Miał w oczach zamyślenie, pewność swoich racji i poczucie jakiejś ważnej misji. „Stara emigracja – przerwał Piotrowi dość ostro – żyła, kiedy miała jeszcze jakieś zadanie polityczne do spełnienia, czy też resztki tych zadań. Ratowania tego, co jeszcze się dało ratować, kiedy alianci nas sprzedali bez inkasowania za to zapłaty, Sowietom. Swego najwierniejszego i najbardziej wykrwawionego alianta. Myślę o ratowaniu ludzi, którzy w zmienionej sytuacji nie mogli, lub nie chcieli, powrócić. Nieraz trzeba było ratować po prostu od śmierci. Ratować ludzkie dokumenty najstraszliwszego współcześnie przestępstwa na narodach. Ale potem dawna emigracja się skończyła. Świat pogodził się z gwałtem, kiedy tak zwane wolne rządy, ten gwałt przystemplowały. Niewolę narodów, bo nie tylko naszego, uznano za stan normalny. Tak, zestarzała się, skończyła się. Pozostała przy swoich pretensjach, niezmienionych żądaniach, utopijnych celach. Ich instytucje nie umiały się przystosować do czasów cynizmu. A emigranci późniejsi, to najczęściej ludzie, którzy w komunistycznym oszustwie sami brali w ten czy inny sposób udział. Spoczywa na nich część winy. I są przez tamtych odtrącani albo sami usuwają się gdzieś na boczny tor. Zresztą, mówią sobie, skoro Zachód dla wygody swego pełnego brzucha zgodził się na niewolę połowy Europy, dlaczego właśnie oni mają budzić sumienia, które tak obrosły w tłuszcz, że ich nie poruszysz inaczej, niż wybuchem atomowym. Pomyśl... Wypadki berlińskie, poznańskie, nasz październik, potem Węgry”.
Całość tekstu w papierowym wydaniu "Wyspy".
|