Wszyscy, którzy się tu zebrali, wiedzieli, że mają spełnić jej ostatnią wolę: po kremacji spotkać się w jej mieszkaniu, jak spotykali się, kiedy podając jaśminową herbatę czytała im swoje wiersze, ale tym razem wychodząc każdy miał zabrać ze sobą choćby jeden z tych rekwizytów, które ją dotąd na co dzień otaczały. Tego właśnie chciała: by ostatecznie rozpadła się ta scenografia, w której przeżyła tyle lat.
Przedsionek wieczności przypominał dworzec: cementowe ściany, skrzeczące głośniki, echo kroków i kaszlu obecnych i to wiszące w powietrzu oczekiwanie na godzinę odjazdu. Uniosły się lamentem zgrzytliwie brzmiące organy, trumna drgnęła i zaczęła powoli odjeżdżać, aż znikła za zasłoną, a wtedy jeden z tych, którzy dotąd otaczali Dagmarę za życia, zaczął czytać jej wiersz, że jak płynąć, to przez głębiny, jak iść, to szukać nienazwanych ulic, jak żyć, to rozdawać siebie, nie czekając na wydanie reszty i nie zważać na to, że bycie szlachetnym nie przynosi ulgi, bo odpocząć można wreszcie tam, gdzie to co było spotyka się z tym, co nigdy już nie będzie...
Trumna odjechała, zasłona przestała się kołysać i wtedy dotarło do niej, że nadchodzi chwila spełnienia ostatniej woli Dagmary. Ma się znaleźć z tymi wszystkimi, z którymi spotykała się przy jaśminowej herbacie w mieszkanku na Starym Mieście i wynieść z niego to, co sobie wybierze. Nie chce niczego, ale wie, że nie sprzeniewierzy się temu życzeniu. A jeśli to samo wybierze ktoś inny? Jak będą patrzyli na siebie, wynosząc po schodach fotel, lampę czy akwarelę z Notre Dame?
Niby nic się nie zmieniło w tym małym mieszkaniu, a jednak bez ciepła uśmiechu siwowłosej Dagmary to już nie było to samo miejsce. Stali w grupach przy oknie, pod ścianami, rozmawiając półgłosem albo milcząc,a nieśmiała wnuczka zduszonym głosem proponowała jaśminową herbatę.
Stary gobelin nad tapczanem, sekretarzyk na chwiejnych, rachitycznych nóżkach, Simmlerowskie krzesło, srebrny kałamarz, patschworkowe poduszki, maszyna do pisania marki Remington, oprawione japońskie szkice roślin, delikatne jak ślady ptasich nóg na ścieżce, lampa z matowym kielichem w kształcie kwiatu, kolekcja filiżanek tak cienkich, że przeświecało przez nie słońce, zegar z okresu księstwa warszawskiego, którego wskazówki zatrzymały się za dwadzieścia czwarta – to wszystko było do wzięcia, miało być stąd wyniesione, żeby to, czego dotykała, na co patrzyła, wśród czego żyła, odeszło wraz z nią i by w ten sposób mogła rozpłynąć się, zniknąć z tego miejsca, bo jak pisała Dagmara, to co było wczoraj nie jest wcale pewne, czy w ogóle było...
Całość tekstu w papierowym wydaniu "Wyspy".
|