Rejdova Poniedziałek, 6 Lipca, 2009
Tomasz Rowiński
  Gdy rodził się Jakoubek Annamarek, nie płakał wcale i każdy, kto znał jego matkę, mówił jej, litościwie przy tym kiwając głową, że to niedobrze, że to jak najgorsza wróżba na przyszłość, ale też dodawali, by nie martwiła się na zapas, a może wszystko jakoś się ułoży. Nie wierzyła. Mimo to również kiwała głową. Jakoubek zaś, zwany powszechniej w szkolnych swoich latach Koubkiem, ponieważ nie był jednak obcy we własnej wsi, już od najwcześniejszych swoich chwil poczuł ukłucia kiełkującego w nim marzenia – tego samego, co u innych rejdovian, ale tak jak i inni on też nie dostrzegał wcale jego istnienia. Później skrzętnie ukrywał, głównie przed samym sobą, owo marzenie, które siłą natrętnej wątpliwości podważało wieko całego znanego mu świata. Było to jednak udawanie przez ozdrowiałego ślepca, że w dalszym ciągu zna jedynie ciemność.

Choć wszyscy chcieli, by zapomniał o tym, że nie płakał w dniu swych narodzin, on pamiętał to doskonale. Znacznie później, przy ognisku opowiadając historię swojego życia, przyznał, że to jedyna rzecz, jaką zapamiętał z najwcześniejszych swoich lat, a wszystko inne zna jedynie z opowiadań takich jak to, które on czynił właśnie przy ognisku.

W czasie zaś gdy dorósł już do takiego wieku, że mógł dołączyć do grona chłopców i starców wpatrujących się w wymalowane na chatach tajemnicze znaki, stracił dla nich zainteresowanie, jakie posiadał jeszcze nieco wcześniej dzięki czynionym mu, już od urodzenia, objaśnieniom. Bo jakiż pożytek z wytrychu, gdy leży pod pancernym szkłem w muzeum: nawet nie wiadomo, czy to wytrych na pewno.

Trwało to dopóty, dopóki nie postawił swoich pierwszych kroków poza granice wsi, odgadując niespodziewanie, że znaki wymalowane na niektórych chatach pojawiają się też na drzewach przy drodze prowadzącej w głąb doliny. Stało się to, gdy pierwszy raz zignorował niemy zachwyt z jakim wszyscy, młodzi i starzy, poświęcali się kontemplacji tajemniczych symboli. Idąc od znaku do znaku, doszedł do kolejnej wsi, ale widząc w oddali pojawiające się zabudowania, zdjął go strach i uciekł. Jednak w drodze powrotnej ochłonął i stwierdził, że nie jest nawet specjalnie zaskoczony, iż tam w dole jest kolejna wieś, a domysł, że dalej może być jeszcze kolejna i kolejna też, nie wydał mu się bezsensowny.

Zastanawiając się wrócił w końcu, choć wracał dość długo, do domu, potem zaś opowiedział, co widział i co do opowiedzenia miał, ale wyśmiali go bezlitośnie i nie było ratunku, ani dla marzycieli tkwiących przy biało żółtych znakach, ani dla nienormalnego dziecka, które nie płakało w dniu narodzin. Od tego też czasu każdego dnia Koubek zaraz po szkole wymykał się ze wsi, idąc tropem oznaczonych drzew. Każdego też dnia stać go było jedynie na to, by zza pierwszych szop i drewutni obserwować życie w obcej wsi. Mimo obaw, że takie wyrywanie się z domu i podążanie nieznanym szlakiem może być dla niego niebezpieczne, ponawiał je wciąż i z coraz większą pewnością. Robił to może dlatego, że nie potrafił znieść kpin, kopniaków i samotności, jakie otaczały go wszędzie, gdzie nie czuł ciepłych ramion zalanej łzami i zrozpaczonej matki. Może też po prostu nie chciał już znosić jej łez.

A jednak pewnego razu, gdy uciekał od swoich z twarzą zapuchniętą ciosami pięści rówieśników i mądrych starców, zapędził się dalej niż zwykle. Nim się spostrzegł, stał na samym środku jedynego skrzyżowania owej obcej osady. Stojąc tak, starał się uchwycić jakikolwiek ruch, jakiekolwiek drżenie, ale zdołał zaledwie dostrzec kawałek stopy niknący w drzwiach jednej z chat. Poza tym oczywiście kury gdakały, gęsi gęgały, a piach na ulicy przesypywał się z cichym szelestem, w strumieniu zaś woda chlupocząc naśladowała ludzką mowę. Nic się nie działo: wiatr Koubkowi targał włosy.

Zaskoczony tym, co zastał we wsi, wcześniej pełnej ruchliwej gwarności, niemalże smutny wrócił do domu. Nawet nie przekradał się, jak to zwykł czynić, przez krzaki i las. Ignorując wszystko, co działo się wokoło niego, poszedł prosto do łóżka, pragnąc wyśnić sobie, tylko i aż, inny świat i ludzi też innych, dla których byłby obcy, daleki, ale wśród których nie czułby się zupełnie sam.

Nie raz jeszcze i nie dwa wpadał do wsi, próbując włączyć się w wir życia uporządkowanego, w podobny zresztą sposób jak i w Rejdovej, ale przez inność twarzy fascynującego i porywającego. Nigdy jednak nie zdołał złapać nikogo za mankiet i, jak to sobie zaplanował, poprosić o cukierka, słodki owoc czy kawałek ciasta. Ludzie tamci pozwalali się oglądać z daleka, ale każdy krok zbliżający Koubka do pierwszych znajdujących się przy drodze zabudowań sprawiał, iż mieszkańcy jakby rozpływali się, powoli, nienagle i w niepojęty sposób. Gdy wreszcie Annamarek stawał na samym środku skrzyżowania, widział tylko opustoszałe podwórka i stopę niknącą w drzwiach chaty. Była to zawsze ta sama chata i zawsze ta sama stopa.

W Rejdovej zaś, po pierwszej ekscytacji, jaką musiało wywołać pojawienie się nienormalnego dziecka, zaczynano coraz bardziej zapominać o Koubku. On sam tak rzadko pojawiał się na ulicach wsi, aż co poniektórzy zaczęli szeptać, że zaginął: poszedł w las i nie wrócił. A jeden nawet, szczególnie ważny osobnik, ponieważ tak samo daleko w latach było mu do starości, co i do chłopięctwa, rzucił plotkę, iż Annamarka nigdy nie było, że to niemożliwe, by takie dziwadło mogło się pojawić. A jednak wystarczyło przecież wejść do szkoły i trafić do odpowiedniej klasy, by spostrzec tam chłopca siedzącego przy oknie, nie zważającego na przebieg lekcji, a zapatrzonego w widniejący za szybą bielony wapnem sklep, na ludzi swobodnym i pozbawionym niecierpliwości krokiem zdążających gdzieś w celu załatwienia jakichś drobnych spraw, czy to zaniesienia dobrego słowa kumie bądź kumowi, czy też czegokolwiek innego, co zaniesienia wymagało. Czasem też leniwym tempem przejeżdżał stary samochód, którego pojawienie się u postronnego obserwatora wzbudzić mogłoby tylko zdziwienie, bo przecież w Rejdovej bez większego wysiłku dotrzeć można wszędzie i to bez specjalnego pośpiechu, piechotą.

Potem jednak chłopiec wybiegał jak najszybciej z budynku szkolnego i znikał na wiele godzin. Częste nieobecności sprawiły, że zapomniano, iż Koubek dorastał i coraz mniej był już jedynie małym dzieckiem. Razem jednak z tym nieistniejącym dla ludzi upływem lat, które zmieniały Koubka, on sam nabierał odwagi.

Tak też się musiało stać, że pewnego razu, widząc ginącą w sieni stopę człowieka, pobiegł do ciągle otwartych drzwi. Stanął w nich, a potem przekroczył próg. A za progiem zobaczył zaskoczoną twarz Starca, który zapomniał po co wszedł do domu i teraz już chciał, jak zwykle, gdy ktoś obcy przechodził przez jego wieś, ulec zaskoczeniu, że dalej nic się nie dzieje. Tym razem wszystko było inaczej: obcy nie poszedł dalej, ale zajrzał do środka i poprosił o szklankę wody.

Stali więc chwilę bez słowa, a jeden przyglądał się drugiemu: Koubek uśmiechał się łagodnie, łagodną naiwnością osoby nienormalnej, wiejskiego idioty, który szwenda się nie wiadomo gdzie i po co, Starzec zaś najpierw przybrał minę srogą i wykonał ruch, który zdawał się świadczyć, iż zechce wyminąć Koubka i pójść dalej. Ostatecznie jednak również się uśmiechnął, obrócił na pięcie i nalał chłopakowi do garnuszka wody. Nalał jej tak dużo, aż przelał. Woda zaś wylewając się pokrywała zakurzone deski podłogowe ciemnymi plamami wilgoci. Jednak ku zaskoczeniu Koubka, zamiast przynieść naczynie wraz z jego zawartością, zaczął Starzec przeszukiwać wielką, starą komodę w kącie izby. Trwało to chwilę nim ponownie podszedł, trzymając w jednej dłoni gliniany garnek, a w drugiej płaskie zawiniątko, do miejsca, gdzie stał przybysz.

– Pij – odparł, podając Koubkowi napój – i powiedz skąd jesteś.
– Z Rejdovej.
– Blisko… – w głosie starszego mężczyzny zdawała się brzmieć nuta zawodu, jednak jego oczy zaszkliły się. Po chwili powtórzył: – Blisko… ale to dobrze, to dobrze chłopcze. Jeśli możesz i starczy ci odwagi, przyjdź do mnie jutro. A… weź to. Przyjrzyj się temu.

Całość tekstu w papierowym wydaniu "Wyspy".

Źródło "Wyspa" nr 10/2009
Komentarze czytelników
Dodaj własny komentarz
Brak komentarzy. Twój może być pierwszy!
Dodaj własny komentarz
Pola oznaczone (*) są wymagane.
Imie / pseudo *
Tytuł *
Adres email
Strona Web /
GG / Skype
Komentarz*
Wpisz Kod *
Dodaj
 
Kanał RSS
Najczęściej komentowane
1. Jacek Dehnel "Lala"
2. Wesołe chłopaki
3. Euforia
4. Bronisław Wildstein "Dolina nicości" - kontrrecenzja
5. Ogólnopolski konkurs na esej
6. Czesław Miłosz "Wiersze ostatnie"
7. "wyspa-Kwartalnik Literacki" nr 4/2009
8. Co w numerze?
9. Jeszcze raz w Radio Kampus
10. Kino Szpak z autografem
Strony partnerskie
Crass Zbuntowane Życie Penny Rimbaud
Melanże z żyletką
Najlepsze przewodniki
No Future Book Śmierć Książki
Notes Wydawniczy
Rynek Książki
Witold Horwath
Wydawnictwo Jirafa Roja
Wydawnictwo Primavera
Xenna Moja Miłość
 
Creative
Commons License Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne 2.5 Polska
Analiza oglšdalności witryny © 2007 Biblioteka Analiz Sp. z o.o.
Serwis optymalizowany do 800x600+ | IE/Mozilla FF | kodowanie iso-8859-2