Prasa kulturalna w obliczu kryzysu Poniedziałek, 2 Sierpnia, 2010
Adrian Sinkowski
  Liczba czasopism kulturalnych maleje od lat. Po ogłoszeniu listy tytułów, które otrzymają w tym roku pomoc z budżetu państwa, pojawiły się głosy, że pisma spoza listy zostały przez Ministerstwo skazane na śmierć. Skąd wziął się kryzys? Czy naprawdę jesteśmy świadkami agonii prasy kulturalnej?

Wyznaczanie trendów

Niezupełnie dawno, w drugi weekend października ubiegłego roku, w gronie siedmiu redaktorów wziąłem udział w ciekawej dyskusji. Spotkanie, wyjaśnię na wstępie – jedna z wielu propozycji zawieszonego festiwalu „Pora prozy”, nad którym czuwał od pięciu lat Instytut Książki – kierowało uwagę na pojemny, wydawałoby się, i aktualny bez względu na czas i miejsce temat: rola czasopism kulturalnych w wyznaczaniu trendów w polskiej prozie. Dyskusja toczyła się swoim rytmem, więcej czasu zajęło nam drążenie w przeszłości, niż próba wychylenia się naprzód, rozpoznanie na przyszłe lata. Uczestnicy panelu, to żaden minus, skupiali się raczej wokół własnego pisma, własnej wyspy, odsuwając od siebie odpowiedzialność za stosunkowo niewielką rolę pism w wyznaczaniu trendów. Wrócił, można powiedzieć, nieśmiertelny temat Henryka Berezy jako tego, który uśmiercił polską prozę. Dużo czasu poświęcono infrastrukturze, wydawnictwom blokującym przedruk fragmentów książek, dotacjom, które łatają – dobre i to – dziurę w budżecie czasopism, ale nie pozwalają na opracowanie strategii wydawniczej na dłużej niż rok, w takim trybie są bowiem przyznawane.

Trend, zacząłbym od tego, można mierzyć dwojako. Jako popularność tej czy owej książki, miejscem na liście bestsellerów, listą nagród, którymi tytuł akurat uhonorowano. Ale także, ująłbym to szerzej, jako moda ogólnie panująca wśród twórców. A zatem trend jest wpływaniem, o czym się pisze i jaką techniką. Wpływaniem, warto wyjaśnić, świadomym za jednym razem, nieświadomym za drugim, leżącym u podłoża szeroko zakrojonej strategii, która wpływa na gusta i wybory czytelników. Pochodną tego jest większa aktywność pisarska w danej konwencji. Przykład jeden z wielu: rozkwit kryminału, który zapoczątkowały działania z pogranicza promocji i marketingu, szybko zaowocował tym, że wielu piszących, na co dzień konsumentów życia kulturalnego, zaczęło pisać w tej dokładnie konwencji, często nie bez powodzenia (np. Maciej Malicki, Edward Pasewicz). W takim układzie pisma literackie w najlepszym razie są środkiem do osiągnięcia celu, na pewno daleko im do inicjatorów akcji. Wywiad z „głośnym” autorem, fragment jego powieści przed ukazaniem się książki drukiem, potem omówienie tytułu. Taki układ jest dla redakcji korzystny (celowo, dalej rozwinę temat, używam słowa układ, gdyż wiąże się to mniej lub bardziej z koterią, choćby rozumianą w kategoriach sympatii, jaką autor darzy redaktorów czasopisma, innym razem uzgodnień, w których stronami jest wydawnictwo i redakcja periodyku). Gdzie tutaj korzyść? Bywa, że zawartość tytułu jest czasem kartą przetargową w rozmowach z dystrybutorem, aby pismo eksponować, wydobyć ze schowanej w kącie salonu półki z podpisem „Sztuka”. Bywa i tak, że przyciąga – można mieć nadzieję – nowego odbiorcę szansą obcowania ze znanym pisarzem, który jest, może się tak zdarzyć, w tym fragmencie twórcą mniej ciekawym od nieznanego autora, z którym dzieli łamy czasopisma.
Analiza zjawiska, które dla jasności określiłbym nie jako wyznaczanie trendów, lecz ogólnie wzajemną relację między dwoma, uzupełniającymi się – jak chcę wykazać – podmiotami, rynkiem książki a rynkiem prasy literackiej, mogą ułatwić trzy tezy. Dopiero próba ustosunkowania się wobec nich uświadamia, ile w mówieniu o roli czasopism jest narzekania, czarnowidzenia bez projektu wyjścia z impasu, hipotez, które zatrzymują się w połowie drogi. Na domiar złego, podsycane słabą kondycją prasy w Polsce – w temacie wypowiadają się de facto „pokrzywdzeni”, krytycy i redaktorzy, z myślą o „pokrzywdzonych”, czytelnikach i pisarzach – prowadzą donikąd lub mają na celu tyle wyłącznie, aby uspokoić sumienia, że się cokolwiek zrobiło, podczas gdy decyzje i tak należą do innych. A zatem, tezą pierwszą byłby wniosek o nadrzędności, we wzajemnej relacji, rynku książki nad rynkiem prasy. Druga teza mówi, ogólnie rzec biorąc, o przekształceniu się dzisiaj roli redaktora od animatora do selekcjonera. Trzecią – wreszcie – tezą odwróciłbym postawione w dyskusji pytanie, próbując naświetlić wpływ polityki wydawniczej na trendy w prasie literackiej, jeśli takie w ogóle istnieją.

Prasa wobec książki

Istnieje opinia, że polską prozę skupia rynek książki, tworząc pełny jej obraz. Pisma literackie miałyby zatem stanowić jakiś procent ogółu, powiedzmy kilkanaście procent tekstów, które potem ukazują się jako tytuły książkowe. Owszem, o ile należy się zgodzić, że nie wszystko, co ukazuje się w polskiej prozie, musi znaleźć obraz w prasie, o tyle ryzykownym, mówiąc delikatnie, byłoby założenie, iż wszyscy prozaicy, którzy wybrali łamy czasopism do prezentacji utworu, następnie myślą o nim – w naturalnej, można by przypuszczać, drodze od pisma do wydawcy – aby ukazał się drukiem w książce. Odwołuję się tutaj do doświadczenia, do którego wrócę nieraz, jakie zgromadziłem w ciągu ostatnich trzech lat jako asystent redakcji Wydawnictwa W.A.B. oraz redaktor „Wyspy”.


Jakie płyną z tego wnioski? Po pierwsze, tendencje w prasie literackiej stanowią bardzo mały procent ogółu tendencji, które są w polskiej prozie. Po drugie, spośród rynku książki a rynku prasy kulturalnej nie można wyłonić „bytu” nadrzędnego, choć skłaniam się do opinii Julii Hartwig, że tętno literatury w Polsce wybijają czasopisma. Pokutuje, to trzeci wniosek, wyobrażenie, że pisma literackie są oddolne do rynku książki. Znane jest zdanie Konrada Kędera sprzed czterech lat, że czasopisma dają się wykorzystywać wydawcom, którzy potrzebują sita odsiewającego grafomanów. Otóż, mówiąc wprost, o wiele więcej słabych tekstów nadchodzi do wydawnictw. Należy od razu wyjaśnić: mowa o tekstach, które sygnują zgoła różni autorzy od tych, których propozycje odrzucono w redakcjach czasopism, choć nazwiska czasem się pokrywają. Dalekie od prawdy, a będzie to wniosek czwarty, jest myślenie, że literatura, która uchodzi za wartościową, zanim ukazała się w formie książki, dojrzewała na gruncie czasopism, stamtąd biorąc początek. I tu, proszę bardzo, znajdą się przykłady. Jarosław Maślanek bez publikacji w prasie literackiej ogłosił znakomicie przyjętą powieść „Haszyszopenki”, w identycznej sytuacji Mikołaj Łoziński za debiut „Reisefieber” otrzymał Nagrodę Kościelskich. Owszem, znajdą się przykłady wprost odwrotne, gdy Marcin Świetlicki od debiutu w prasie czekał z wydaniem książki bodaj piętnaście lat. Ale słowa Krystyny Krynickiej o tym, że publikacja w prasie kulturalnej uchodzi za coś w rodzaju papierka lakmusowego, stempla z gwarancją jakości, żadną regułą nie są.

Pytanie – wracam pamięcią do 2003 roku – jakie Arkadiusz Bagłajewski zostawił bez odpowiedzi, odczytuję po latach nader dosłownie, jako pogrożenie palcem, że ziemia jałowa (bez czasopism, w dobie DDM, sławnego dzisiaj dominującego dyskursu medialnego) nie wyda trwałego owocu, dzieła na miarę Parnickiego, Lema, Herlinga, by poprzestać na tych kilku nazwiskach. Bez trudu dałoby się dzisiaj powiedzieć, że w okresie wiążącym się raczej ze spadkiem nakładów i znacznych dotąd wpływów prasy, utratą czytelnika, ostatnie lata owocowały w pojawianie się nowych twarzy, nie powiem następców mistrzów – tych wskazać jest trudno, gdy obcujemy dopiero z debiutem – ale pisarzy, na których trzeba zwrócić uwagę: „Głośne historie” Lidii Amejko, Ignacy Karpowicz z „Niehalo”, ostatnio Bohdan Sławiński i jego „Królowa tiramisu”. Inni, jak Dorota Masłowska z dramatem „Między nami dobrze jest” czy Olga Tokarczuk – mówi się – potwierdzili z nawiązką nadzieje, które w nich pokładano. Jeszcze inni, choćby Eustachy Rylski, Kazimierz Orłoś, Marian Pankowski wrócili po dłuższej przerwie, a widać teraz, że były to powroty ważne, na miarę dzieł, które potrafią pogodzić wykluczające się często dwa żywioły – sukces bądź co bądź medialny, mierzony zainteresowaniem czytelników, z uznaniem środowiska. W sedno problemu trafił być może Andrzej Niewiadomski. Krytyk przeszło sześć lat temu pytał, czy bez kontekstu czasopism, dyskusji nieprzymuszonej w żaden sposób przez masmedia, wybitne lub bardzo dobre dzieła mogą w ogóle zaistnieć albo też, zaistniawszy, być dobrze odczytane, czy nie stracą cząstki wielkości?

Całość w numerze 14 Kwartalnika Literackiego "Wyspa"

Źródło Wyspa nr 14
Komentarze czytelników
Dodaj własny komentarz
Brak komentarzy. Twój może być pierwszy!
Dodaj własny komentarz
Pola oznaczone (*) są wymagane.
Imie / pseudo *
Tytuł *
Adres email
Strona Web /
GG / Skype
Komentarz*
Wpisz Kod *
Dodaj
 
Kanał RSS
Najczęściej komentowane
1. Euforia
2. Kino Szpak z autografem
3. Jeszcze raz w Radio Kampus
4. Wyspa 3
5. Jacek Dehnel "Lala"
6. "Wyspa Kwartalnik Literacki" nr 2/08
7. Wesołe chłopaki
8. Le Clézio, Dehnel, Marjańska, Baran
9. 4. numer Wyspy nadal w sprzedaży
10. Kolejna audycja Szkiełko i oko już jest
Strony partnerskie
Crass Zbuntowane Życie Penny Rimbaud
Melanże z żyletką
Najlepsze przewodniki
No Future Book Śmierć Książki
Notes Wydawniczy
Rynek Książki
Witold Horwath
Wydawnictwo Jirafa Roja
Wydawnictwo Primavera
Xenna Moja Miłość
 
Creative
Commons License Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne 2.5 Polska
Analiza oglšdalności witryny © 2007 Biblioteka Analiz Sp. z o.o.
Serwis optymalizowany do 800x600+ | IE/Mozilla FF | kodowanie iso-8859-2