Zygmunt leżał pośrodku pokoju w centralnej części domu wybudowanego przez pradziada na pępku rodzinnej ziemi. Na lekkim wzgórzu osypującym się kamienistymi polami, w cieniu sosnowo-bukowego lasu dom podmurowany, o drewnianych ścianach stał po zachodniej stronie wioski. Nie tylko ludzie tej wioski zeszli się na pogrzeb, ale też z kilku okolicznych wiosek. Wypełniali sobą dom Zygmunta, przechodząc zgodną kolejką przez pokój, w którym leżał jego trup, leżał trup Zygmunta a nie sam Zygmunt, bo trup Zygmunta nie był samym Zygmuntem, do Zygmunta mało podobny, jakiś rozdęty nieżyciowo, ledwo mieszczący się w otwartej trumnie, która stała na czterech krzesłach, a na piątym krześle siedziała żona Zygmunta z podkrążonymi od dwudniowego płaczu oczami…
Zaduch osiadał w ciasnym pokoju na meblach i milczących głowach. Zaduch wydzielany przez zmarłego i spocone ciała, ciała poczerwieniałe i ciężko dyszące w tym letnim ukropie, jeszcze napędzane ruchem, krwawą, mięsistą energią i tą złudną nadzieją, którą żywi się każdy z nas, że nigdy ruch nie obróci się w bezruch. A przecież doświadczenie tych, których już nie ma, bije na odlew w pyski – co narodzone umiera i nic tego nie zmieni, a tym bardziej człowiek, który tak pragnie wieczności, że wymyśla sobie bogów.
Złote, tłuste muchy cięły markotną ciszę i by zagłuszyć jazgot ich skrzydeł chór dwóch starców i jednej staruchy rozpoczął pożegnalne pieśni będące koktajlem języka polskiego z kaszubskim. Śpiewali z drugiego pokoju zgodnym zawodzeniem, a przez otwarte okna zawiewały oddechy drzew i zwierząt, chmur i słońca, ziemi porośniętej zbożami i wody jezior, które opływały okolice wąskimi rynnami. Starsza córka Zygmunta, jasnowłosa Ala, odganiała gazetą muchy, które siadały na twarzy ojca.
Nie dotknąłem go na pożegnanie. Przeszedłem obok, spojrzałem na jego nie jego, uścisnąłem ramiona wyczerpanej, wypłakanej, półprzytomnej żony i wyszedłem na podwórze, ciągnąć za sobą osad żałobnych pieśni i pośmiertnej duchoty. Te same podwórko, które było świadkiem ostatniego upadku Zygmunta, tłoczyło się od żałobników.
W swoim pięćdziesięciokilkuletnim życiu Zygmunt miał kilka upadków, ale za każdym razem podnosił się i szedł dalej. Upadał z kochankami, ale żona wybaczała, upadał z alkoholem, ale na drugi dzień jednak się budził, upadał w grze w pokera, ale nigdy tak nisko, by zastawić dom czy rodzinną ziemię, zresztą szczęśliwie się odgrywał, tak że wychodził na zero. Kim w takim razie był Zygmunt? Mógł być rolnikiem i leśnikiem, drwalem tartacznym, siekiernikiem precyzyjnym, ochotniczym strażakiem i kochankiem, rzeźnikiem, pijakiem, ojcem, mężem niewdzięcznym, wiejskim poetą, wszystkim po trochu i nikim. Bo już tak jest, że człowiek jest wszystkim po trochu i nikim. Wszystkim za życia, nikim po śmierci.
Kusił mnie papieros i prawie o niego poprosiłem dalekiego kuzyna Zygmunta, któremu brakowało dwóch palców u prawej ręki i gdy tą ręką pokazywał, że chce pięć piw, to barmanka stawiała mu niezmiennie trzy, ale nie, nie wziąłem tego papierosa, bo szkoda było mi zasmradzać czystą przestrzeń osuwającą się po wzgórzu do jeziora. I poza dymem papierosowym, lecz z lekkim posmakiem kadzidła, które wysączało się z okna pokoju-kostnicy, wdychałem świadomość, że wątpliwa pamięć żyjących będzie próbowała zachować obraz Zygmunta, obraz jednak coraz mocniej zacierający się w miarę jak ci, którzy go będą pamiętać, zaczną umierać.
I zastanawiałem się z jakimi obrazami skojarzyć Zygmunta, lecz zamiast tego zacząłem układać sobie fikuśne malowanki z człowiekiem obszytym sękatą skórą jak te drzewa, które ciął na deski; albo z precyzyjnym nożownikiem, patroszącym wieprze na części pierwsze; czy z roześmianym pijakiem, którego nie trzeba było donosić na miejsce, przeciwnie to on miał silniejszy błędnik od innych i to on transportował swoich kompanów od picia w bezpieczne kąty; wreszcie zobaczyłem zamaskowany kamień twarzy podczas gry w pokera i palacza skrętów z najtańszego i najsilniejszego tytoniu, który barwił palce na brązowo.
Całość w numerze 15 Kwartalnika Literackiego Wyspa. |