Hanna Krall – zauważyła przenikliwie Maria Janion – wierzy w siłę opowieści, ale „zarazem też jakby nie wierzy”. Tak czasem jest, że ludzie, którzy powierzają nam swoje dramaty, przerywają w pół słowa, skrępowani, orientując się, że ich zdania są niewystarczające. Za całe świadectwo musi starczyć bezradny uśmiech, porozumienie bez słów.
Ironia, powściągliwość, mówienie w cudzysłowie, jest znakiem szczególnym stylu Krall. Sens i wartość tego pisarstwa polega nie tyle na zrozumieniu, co na współodczuwaniu. „Czy zrozumienie jest wartością nadrzędną? – zastanawia się – Może jest nią coś innego? Na przykład współczucie?”.
Oto relacja z otwockiego domu dziecka („Sublokatorka”). Do tego domu, gdzie umieszczono dwieście ocalonych dzieci pochodzenia żydowskiego – wiemy skądinąd, znalazła się tam po wojnie ośmioletnia Hanna Krall – przyjeżdżali członkowie komisji do badania zbrodni hitlerowskich. „Trzeba było dużo opowiadać. Rafał opowiadał o skrzyni na węgiel z podwójnym dnem, w której przesiedział wojnę. Anisia o grobowcu, z którego dziadek cmentarny wypuszczał ją tylko nocą, a kiedy wreszcie wyszła w dzień, to już bez włosów. Bronka, która miała niebieskie oczy i nie siedziała nigdzie, opowiadała o swoim bracie imieniem Szlomek, jak ukryła go w cegielni i jak zimą odpadały mu od nóg odmrożone palce. Grzecznie i pełnymi zdaniami trzeba było opowiadać, bo pani dyrektor mówiła, że to pomoże w sprawiedliwym ukaraniu winnych. Następnie przyjeżdżali wysłannicy instytucji charytatywnych i amerykańscy filantropi – tym też trzeba było pełnymi zdaniami, ale to już miało większy sens, bo nie chodziło o ukaranie winnych, tylko o paczki z ubraniami, jajkami w proszku, wiecznymi piórami i chałwą (…). Humaniści przyjeżdżali – historycy, malarze, pisarze, poeci. Tym najbardziej podobała się historia Jakubka, który przeżył wojnę przebrany za dziewczynkę, ponieważ był obrzezany…”
Hanna Krall dopiero jako dojrzała reporterka odważyła się poruszyć „temat na żet”, jak go eufemistycznie, żartem nazywali w rozmowach z Kieślowskim. Opowieści zaczęły przychodzić do niej same, powierzane przez ludzi. Najnowsza książka Krall pod frywolnym tytułem „Różowe strusie pióra”, bardziej niż poprzednie, ujawnia kulisy jej pisarstwa. Są to jakby „donosy rzeczywistości”, które autorka przetwarza, opowiada swoimi słowami. Relacja narrator – czytelnik jest tylko częścią łańcucha zapośredniczeń, historii przeżytych i opowiedzianych przez ileś osób. Narracja Krall nigdy nie jest, wbrew pozorom, niewinnie przezroczysta. Jest w niej zawsze pozostawione puste miejsce, lekki dystans pomiędzy tym, kto mówi, a tym, kto słucha i zapisuje.
Zadanie, które staje przed autorką, nigdy nie może być w stu procentach wykonane, ponieważ nie ma odpowiedzi na pytania, które wyłaniają się z opowieści.
W „Różowych strusich piórach” jest zapisana relacja pani H.Z., krytyka literackiego, która opowiada scenę z okupacji: widzi swoją najlepszą przyjaciółkę prowadzoną na posterunek. Ma ochotę przypaść do butów prowadzącego, błagać go o uwolnienie, ale dzieje się to tylko w wyobraźni; w rzeczywistości stoi nieruchomo.
Całość tekstu w papierowym wydaniu "Wyspy".
|