Zaczyna od nowa. Rozgrywa samotny mecz. Dudnią żelazne pręty bramy. Przestrzeń między nimi to światło bramki. Nikt jej nie broni. Mały stawia tam niewidzialnego bramkarza. No i trafia bez przeszkód. Umiejętnie myli bramkarza. Przymierza się, bierze rozbieg. Tańczy na przygiętych nogach. Pozoruje wykop wlewy róg,walić będzie w prawy. W ostatniej sekundzie wykonuje fachowy zwód. Wysoka piłka w środek tuż pod poprzeczką. Nie do obrony. — Puściłeś! — cieszy się. Nieraz piłka odbija się od betonowych słupków, na których osadzona jest brama. Nie daje za wygraną. Podbiega. Wsuwa zgrabnie piłkę w sam róg. — Dobitka! — obwieszcza z triumfem.Wątły,o trójkątnej twarzy.Oczy jak szparki, bystre, świecące. Siedmiolatek. Wcale nie rośnie. Zatrzymał się na wzroście malucha z przedszkola. Co kilka dni mierzy się pod ścianą bloku. Drutem żłobi rysę na tynku. Nie przybywa nawet centymetra. Martwi się. Ze wzmożonym impetem atakuje bramkę. Chłopcy z podwórza naśmiewają się z niego. — Lekki! — wołają — Wiatr cię poniesie, uważaj! Nie trzymają z nim. Za mały dla nich. Skrzat na patykowatych nogach. Przezwali go Lekki. Pasuje do niego. Zabawę w samotnego strzelca kończy przeważnie o zmroku. Tak od wiosny do późnej jesieni. Jego babka, która porusza się na wózku inwalidzkim, wychyla się z okna na wysokim piętrze i woła — Gdzie jesteś? Wracaj! Wchodzi dopierwszejklatki schodowej w naszymbloku. Wyczekuje przydrzwiach windy. Jeżeli długo nikt nie nadchodzi wspina się po schodach. Sam nigdy nie pojedzie. Jeździ, korzystając z dobrego serca dorosłych. Prosi, żeby pojechali z nim. Mieszka na dwunastym, ostatnim piętrze. — Czemu sam nie pojedziesz? — Nie mogę — odpowiada i opuszcza głowę. — Dlaczego? — Jestem za lekki. — Co to znaczy? — Milczy, opuszcza niżej głowę. — Winda służy zarówno lekkim jak i ciężkim. Przyciskasz guzik oznaczony odpowiednim piętrem i jedziesz. Potem wysiadasz. — Ona mnie nie posłucha — odpowiada. — Nie zatrzyma się i poleci. — Nie może. Blok ma tylko dwanaście pięter. Naprawdę wyżej nie pojedziesz! Na twoim piętrze koniec jazdy.Wyżej jest tylko strych.Nieraz tam wchodziłeś po schodach, pomagałeś mamie nieść kosz z bielizną do suszenia, prawda? Potakuje. Ale na nic zdają się słowa. Sam nie pojedzie.Jedziemy do góry. Przykulony niby zwierzątko w klatce. Wsłuchany w skrzyp dźwigu unoszącego windę z piętra na piętro. Dwunaste, ostatnie. Dziękuje grzecznie. Dobrze wychowany. — Gdybym był sam — powiada na odchodne — to ona nie chciałaby stanąć.Wiesz na pewno. Nic do niego nie dociera. Co kłębi się w tej łepetynie? Pewnego dnia pojawili się dwaj fachowcy od konserwacji dźwigów.Jeden pojechał windą do góry. Drugi pozostał na dole i zaczął wsuwać się do pustego luku. Lekki stał za nim. — Uciekła? — zapytał. — Fachowiec odwrócił głowę. — Co mówisz? — Urwała się i uciekła — Lekki wlepił w niego niespokojne oczy i czekał na potwierdzenie swego przekonania. — Tak jest, kolego! Przebiła dach, poszybowała do nieba — fachowiec roześmiał się i zatrząsł mu się wielki brzuch. Wsunął się głębiej w czarną czeluść. Znikł. Coś postukiwał, dokręcał. — W porządku, Franek! — zaryczał w górę szybu. Niezgrabnie wydźwignął się na powierzchnię. Zastukał młotkiem w metalowy próg. Zapaliło się czerwone światełko. Ruszyła w dół. — Już się nie zerwie, latawica! — powiedział brzuchaty i szelmowsko mrugnął do chłopca. Lekki wsłuchiwał się wnarastający szum izgrzyt. Zbliżała się. Nic dziwnego,że chłopcy z podwórza przezywają go też Windziarzem. — Kiedy ci to przejdzie do jasnej cholery! — denerwuje się ojciec. — Cherubinek — powiada o nim babka — Nie rośnie, nie przybiera na wadze. Tylko patrzeć jak wyrosną mu skrzydełka i Bozia ucieszy się z takiego aniołka… Lekki popchnął gwałtownie wózek, na którym siedziała staruszka. Byłaby wypadła. Wostatniej chwili przytrzymała się blatu stołu. Uciekł z mieszkania. Raz tylko rówieśnicy zaprosili go do wspólnej zabawy. Rozgrywali prawdziwy mecz na podwórzu. Były dwie bramki. Pierwszą jak zawsze stanowiła brama.Druga prowizoryczna — dwa szkolne tornistry ustawione w przepisowej odległości. Podzielili się na dwie drużyny. Lekki został bramkarzem jednej z nich. Bronił z poświęceniem. Skakał i padał. Z wysokimi piłkami nie dawał sobie rady. Strzały po ziemi, szczury, jak mówili chłopcy, wyłapywał nadzwyczaj zręcznie. — Nieźle, Lekki! — chwalili. Mecz przerwała emerytowana nauczycielka z pierwszego piętra. Wyprowadziła ją z równowagi kanonada uderzeń piłką wbramę. Zagroziła wezwaniem gospodarza domu.Gospodarz był ponurym dryblasem o szczękach buldoga. Budził lęk. Chłopcy zaprzestali zabawy. Powoli rozchodzili się. Trzech podążyło do tej samej klatki schodowej co Lekki. Mieszkali na niższych piętrach. Ale zgodzili się chętnie odwieźć kolegę z boiska wyżej. Na czwartym zatrzymali znienacka windę, wyskoczyli, zatrzasnęli drzwi izostawili go samego. Jeszcze zkorytarza szczerzyli zęby w złośliwych grymasach. — No, zasuwaj! — zaśmiał się jeden. Lekki bardzo się wystraszył. Czym prędzej przycisnął guzik parteru.W dół mógł zjeżdżać bez strachu. Zapadł już wieczór. Stał z piłką pod pachą na korytarzu. Wpatrywał się woszklone drzwi windy. Nadsłuchiwał odgłosów z podwórza. Nikt nie nadchodził. Nikt nie ściągał windy w górę. Była martwa. Uspokoił się wreszcie i postanowił ruszyć piechotą na swoje dwunaste piętro. Wtedy nadeszli rodzice. — Długo tak sterczysz? — burknął ojciec. Lekki nie odpowiedział. — Może to i lepiej, że taki ostrożny — powiedziała matka. — E tam! — ojciec był odmiennego zdania — Nie rośnie i tchórz w dodatku. Otworzyły się drzwi windy.Pociągnął go za rękę. — Właź! Lekki zaparł się i nie chciał wejść pierwszy. |