Klasztor Maulbronn. Co to za miejsce?
- Bez wątpienia magiczne, gdzie znajdował się klasztor, a gdzie klasztoru już nie ma. Potem w klasztornych budynkach była szkoła i to nie byle jaka. Uczęszczali do niej Johannes Kepler, Fryderyk Hoelderlin, Hermann Hesse. Trudno znaleźć drugą taką na świecie, do tego wymienione osoby studiowały w zupełnie różnych epokach, dzielą je przecież stulecia. To miejsce było mi najwidoczniej potrzebne. Gdybym chciał to zracjonalizować, to powiedziałbym, że klasztory od bardzo dawna mnie fascynowały, chyba od momentu, kiedy przeczytałem „W drodze” Huysmansa, ale później, kiedy stałem się badaczem pozytywizmu, bardzo dziwiło mnie, że na przykład do klasztorów tęskniła Eliza Orzeszkowa, o czym może mało kto wie, bo uważa się ją dziś raczej za osobę religijnie obojętną. Jakiś czas temu u pisarza, który towarzyszy mi niemal przez całe życie, myślę tu o Paulu Valéry, też znalazłem marzenie o klasztorze. Zarówno Orzeszkowa, jak i Valéry czy Huysmans marzyli o czymś, co ten ostatni nazwał „adoracją bez wiary”, a więc kochamy kościół, kochamy liturgię, muzykę, sztukę sakralną, łacinę, ale z praktykami religijnymi bywa nieszczególnie, bo tak na dobrą sprawę klasztor odbieramy nie tyle jako miejsce modlitwy, co jako wymarzoną pracownię artysty.
Od razu przychodzi na myśl Kastalia, kreacja wspomnianego przez pana Hessego albo Wielka Marina, którą znamy z „Na marmurowych skałach” Ernsta Jüngera.
- Oczywiście. O Hessem pisałem osobno, w eseju „Klasztor i kuchnia czarownic” z tomu „Dom chińskiego mędrca”, a klasztor Maulbronn spłynął na mnie w pewnym momencie podczas pisania. Doszedłem do wniosku, a są to piękne chwile, gdy autor nabiera pewności, że książka nie może nazywać się inaczej, że to właśnie jest istota sprawy, wokół której skupia się wszystko inne. Tytuł jest sprawą bardzo ważną, bo jest czymś, co nas prowadzi. Dla mnie stało się jasne, że klasztor Maulbronn jest tu najważniejszy, i że jednocześnie musi być w książce na końcu.
To chyba miejsce, do którego bardzo chcemy dotrzeć, chociaż nigdy nie podejmiemy podróży.
- Książka zaczyna się od podróży, która rzeczywiście się zdarzyła, bardzo materialnej, bo trudno znaleźć coś bardziej materialnego niż obrazy, które podsuwa nam malarstwo flamandzkie, pokazujące różne potrawy, kuchnię, obrazy rozpięte pomiędzy życiem a śmiercią, ale życiem szczególnym, właściwie żywiącym się śmiercią. Kończy się zaś podróżą duchową, a pomiędzy nimi dwiema rozgrywa się coś w rodzaju akcji, bo nie ukrywam, że zawsze traktowałem tę książkę jako całość, choć na pierwszy rzut oka może sprawiać wrażenie zbioru różnych tekstów pozornie ze sobą niezwiązanych. Jest tu Marianna Bocian, Gombrowicz, Paul Valéry, fotografia, palenie fajki, Gdańsk czy muzyka, ale przecież to rodzaj utajonej autobiografii. Pomyślałem sobie, że pisanie autobiografii od początku do końca nie jest dobrym pomysłem, bo, znajdując się w danym punkcie naszego życia, zawsze w inny sposób rozpoczynalibyśmy pisanie. Ale można spróbować tak, jak eseiści, czyli skomponować autobiografię pomyślaną jako kolekcja. Patrzę na moje życie, na moją kolekcję wrażeń, doświadczeń, zachwytów, depresji, pamięci o książkach, obrazach czy fotografiach i filmach. Poświęciłem im kolejne rozdziały „Klasztoru Maulbronn”, a do każdego starałem się znaleźć klucz, za każdym razem trochę odmienny.
Więcej w Wyspie - numer 3/2011 |