Muszę przyznać zuchwale, że znam o wiele lepiej prozę pana Piotra niż samego autora – w czasach, gdy pochłaniałem z zachwytem „Czaszkę w czaszce”, „Wysokie pokoje”, „Ulewę, kometę, świński targ” i „Harpunnika otchłani” usiłowaliśmy się spotkać – zawsze bezskutecznie, tak więc po paru latach nabrałem podejrzeń, że autor tych cudownych historii prawdopodobnie w ogóle nie istnieje. Potem – pisząc o nim hasło do podziemnej encyklopedii – usłyszałem wprawdzie jego głos w telefonie, ale do spotkania i tak nie doszło.
Wreszcie jednak stało się i stwierdziłem – ci, którzy lepiej znają pana Piotra będą może innego zdania – że autor jest jednak niepodobny do swoich dzieł, o których przy mnie zresztą nigdy nie mówił. A więc mógł je dyktować ktoś inny – na przykład aniołowie, którzy pomagali Rilkemu. Ale dziś wystarczy wejść do księgarni, by zauważyć, że żaden anioł nie trudni się już literaturą. Piszą raczej komputery i to widać od razu po języku i stylu, i toku opowieści. Nie wierzę (choć sam autor nas o tym zapewnia), by wspaniałe historie dyktował wiatr – zachodni czy południowy, wszystko jedno. Bo wiatr tylko przewraca kartki arcydzieł i całkiem zwyczajnych książek, i wszystko mu jedno, czy ma do czynienia z tekstem świętym czy banalnym. Sam Piotr Wojciechowski, choć jest bardzo sympatycznym rozmówcą, nie wyjaśniał niczego – pomrukiwał tylko, że teraz będzie hm... hm... tom opowiadań, o ile oczywiście wydawca się zdecyduje, o ile nie rozmyśli. A potem nie przespałem grudniowej nocy, bo pojawiło się „Serce do gry” i kto by trwonił zimowe godziny na ciężki sen, gdy ma do dyspozycji sny pisarza, tak zwiewne jak secesyjne pióra, rzeźby, książki, suknie, naszyjniki, a nawet lokomotywy.
Bo w „Sercu do gry” secesja znów się odradza i wcale nie jest staroświecka. Wręcz przeciwnie – nowoczesna jak nigdy dotąd, postnowoczesna nawet jak powiedziałby mój uczony kolega z Instytutu Badań Literackich albo innego instytutu gdzieś w Europie. Oto świat, który zachłysnął się cybernetyczną rewolucją – nie dla technicznych nowinek, ale wielkiej szansy przeobrażenia prowincjonalnej gromady tęskniącej do sprawnego telefonu i wizyty listonosza w prawdziwe społeczeństwo informatyczne, szczelnie oplecione magiczną siecią. Nikt nie musi być samotny, odkąd wynaleziono internet. Nawet jeśli nie ma obok nas prawdziwych ludzi, towarzyszą nam na każdym kroku wirtualne cienie. Nikt nie musi błąkać się po nieznanych terenach, skoro kompas, przewodnika i gwiazdę polarną zastąpiły nam niezawodne Google.
Więcej w Wyspie - numer 3/2011 |