Homer i generał Wtorek, 7 Lipca, 2009
Piotr Bednarski
  Od dziecka odczuwał w sobie brak. Nie wiedział, czego mu brakuje, ale był pewny, że urodził się ułomny, nie taki jak jego rówieśnicy. Żegnając dzieciństwo stwierdził, że ma w sobie puste miejsce, które należy wypełnić. Ale czym? Tego właśnie nie wiedział. I, być może, dlatego nie mógł długo mieszkać pod jednym dachem i kochać jednej kobiety.

Był więc samotny jak księżyc. Rodzice obumarli go wcześnie. Dom i warsztat tkacki, który otrzymał w spadku, sprzedał natychmiast, by nie mieć dokąd wracać. Od tej chwili wracać znaczyło dla niego iść przed siebie, szukać brakującej cząstki, bez której czuł się nieswojo, wręcz tragicznie.

Wiedział, że jego widok przywodzi na myśl pustynię. Po raz pierwszy powiedziała mu o tym Kleo, stara dziwka z Miletu, potem inne, młodsze, a nawet całkiem młode.

Pustynia dla Judasza nie była złem, lecz czymś niepojętnym, przed czym należy czuć pokorę. Była tym, czym dla żeglarzy jest morze. Prawdę mówiąc, nie widział wielkiej różnicy między pustynią a morzem, znał i tchnienie morza, i zew pustyni. Ale pustynia była mu bliższa. Ten rys jego istoty nakreślił obszar poszukiwań. Judasz udał się na Pustynię Judzką i zamieszkał w grocie. Wyrzekł się świata, aby wyleczyć się z ułomności, wypełnić modlitwą to miejsce, którego dotknął JAHWE jeszcze przed jego poczęciem.

Wiele razy przyglądał się swojej twarzy w miedzianym zwierciadle lub lustrze wody. Mógł, z ręką na sercu, powiedzieć, że nie jest to twarz proroka. Piękne miał tylko oczy, duże, koloru fiołkowego nieba. Ale i one były wadliwe. Błękitna planeta była dla Judasza światem szarym. Ale, mimo to, oczy stały się jego ostoją. Piękno oczu przekonało go, że nie jest zły i że dobry duch go prowadzi. Bo ktokolwiek ma w sobie odrobinę piękna, dostrzegalną czy też nie, należy do Nieba. To trzymało go przy życiu i sprawiało, że był otwarty na oścież, jak weselny dom.

Czekał, modląc się i pokutując. Błagał o ową brakująca cząstkę, o tę łatę, którą można zakryć ową robaczą dziurę.

Nigdy nie zapominał Judasz o swoich oczach i na klęczkach lub jak płaz wdrapywał się na górę modlitwy, nie jak świątobliwy, lecz jak ludzki śmieć. Dawał z siebie wszystko, jak człowiek broniący się przed śmiercią, jak żołdak odpychający całą siłą woli ostrze miecza, które jest tuż tuż przy gardle. Mimo to modlitwa Judasza nie była skrzydlata, nie wznosiła się do Nieba jak orzeł. Można by ją porównać do owoców dzikiej figi, a wielokroć do zwykłego chwastu. I któregoś dnia dostrzegł Judasz swoimi fiołkowymi oczami własną modlitwę. Zobaczył, jak wychodzi z niego kuglarski potworek, śmieszny, uszminkowany i upudrowany jak ten świat i znika w piaszczystych diunach. Przestraszył się tej zjawy, zadrżał, zemdlał. Przez trzy dni wylizywał się z tej zapaści, trzy dni leżał w grobie. »A może to omam« – pomyślał czwartego dnia. Lecz kiedy ponownie zobaczył kuglarza, zamknął oczy, aby po chwili je otworzyć. Potworek nie zniknął. Gdy zamknął prawe oko – zobaczył Feniksa, ptaka odradzającego się z popiołów. Sprawdził ponownie. Lewym dostrzegł potwora, który nie znikał, gdy on miał oczy otwarte. »A więc lewe oko jest sługą zła« – pomyślał.

Tak był rad ze swojego odkrycia, tak pewny swojej racji, ze nawet nie złożył dziękczynienia, lecz natychmiast skrzesał ogień i włożył do niego klingę noża. A kiedy ostrze nagrzało się do białości, przybliżył je do źrenicy lewego oka i uporczywie wpatrywał się w jego żar. Czynność powtarzał dopóty, dopóki nie oślepło.

Oślepił Judasz swoje lewe oko, ale świat przez to nie stal się radośniejszy. Co prawda nie widział już potworka, wyłaniającego się zeń jak noworodek z niewiasty, lecz nie widział też Feniksa odradzającego się z popiołów. Świat ponownie stał się tak beznadziejny, jak widok wisielca dyndającego na powrozie. Judasz zaczął wyć jak szakal, wył zniżając głos, coraz ciszej z minuty na minutę, aż zapadł w sen.

Kiedy obudził się, zobaczył morze – morze pustynnych żmij. Z niedowierzania przetarł oczy. Nie, nie był to kolejny omam. Strach go sparaliżował. Żmije podpełzły i parę z nich zatopiło kły w jego rękach i nogach. Był to gatunek jadowity, wiec miał pewność, że teraz nic nie uchroni go od śmierci. Jednak nie wpadł w panikę, wyciągnął z torby plaster miodu, zaspokoił głód i położył się na powrót, aby spokojnie umrzeć. Ale śmierć nie nadchodziła, miejsca ukąszeń nie puchły, nie gorączkował, nie tracił świadomości. Żmije jakby czekały na to, aby zrozumiał, że nie chcą go zabić, tylko wygnać z pustyni.

Zrozumiał, podświadomość mu to podpowiedziała. Falujące żmije to znak! Musi opuścić pustynię i wrócić do ludzi, ponieważ czas jego pobytu tutaj został zakończony.

Kiedy szedł w stronę Jordanu, płynęło za nim to przerażające żmijowisko, ale on nie zwracał już na nie uwagi. Czuł nadal w sobie ową nieokreśloną ułomność, ów doskwierający brak, a jednocześnie zdawał sobie sprawę, że został włączony w życiodajny krwiobieg. Ogarnęła go nagle pewność, że wychodząc z pustyni, wkracza w nowy świat.

Nie było już w nim niecierpliwości, szedł powoli, jak się idzie w miłosierdzie. Któregoś dnia zobaczył przed sobą tłum tłoczący się wokół człowieka, który grzmiał, niczym wulkan.

– Kto to? – zapytał pierwszego z brzegu.
– Zapowiedziany Eliasz, Jan, który chrzci wodą.

Judasz od pierwszego wejrzenia nie wątpił, że Jan jest prorokiem, lecz jednocześnie coś mu szeptało, że nie dla niego wygnały go żmije z pustyni. To nie był człowiek, którego szuka, to nie był prorok, dla którego się urodził.

Ruszył przed siebie, ale po paru krokach wydało mu się, ze ktoś tknął go w ramię. Odwrócił się i zobaczył przed sobą człowieka w swoim wieku, któremu przez szaty przeświecało serce.

Judasz podążył za święcącym sercem. Wraz z nim wędrowało dwóch młodzieńców, którzy z uwagą słuchali słów tamtego.

Kiedy weszli do domu, nie miał odwagi pójść razem z nimi. Usiadł pod rozłożystą oliwką. Był zdrożony, więc szybko usnął.

Gdy otworzył oczy, zobaczył nad sobą pochylonego człowieka ze świecącym sercem.

– Kim jesteś? – spytał, biorąc w dłonie jego dłonie.
– Nie wiem. Jestem Judaszem z Kariotu.
– Judasz z Kariotu – szepnął Jezus i jego świecące serce zabłysło intensywniej. – Judasz – powtórzył melodyjnie, jakby coś sobie przypominał. – Dokąd zmierzasz?

Nie mam już żadnego dokąd, a więc przyszedłem do ciebie. Masz świecące serce.

– Ty pierwszy to dostrzegłeś. Ty pierwszy pojąłeś, że jestem Synem Bożym. Jesteś pierwszym człowiekiem, który mnie szukał, pierwszym, który powiedział, że znalazł to, czego szukał. A czy ty wiesz, co to znaczy być pierwszym?
– Nie odtrącaj.
– Nie po to przyszedłem.
– Nie odtrącaj – szepnął jeszcze raz. – I tak będę za tobą chodził. Nawet odtrąceni na coś zasłużą.
– Na więcej, niż to komukolwiek się wydaje – odrzekł Jezus i przycisnął Judasza do piersi. Judasz poczuł, że ciałem Jezusa wstrząsnął dreszcz, a wraz z tym zadrżała ziemia.

*

»Dlaczego zdradziłem?« – zadał sobie pytanie, kiedy trzydzieści srebrników, jakie otrzymał, przemieniło się w gniazdo pełne małych żmij, od których nie mógł się uwolnić. Biegał jak opętany to tu, to tam, wciskał je żebrakom, chciwcom, ale wszyscy cofali lub chowali ręce i uciekali złorzecząc. W końcu bezwiednie znalazł się znowu w Świątyni, przed Arcykapłanem i spostrzegł, że żmijki są teraz ponownie srebrnikami.

»Może to te same żmije, które wygnały z pustyni? Jadowite żmije świątynne? Może ja już mam głowę żmii?« Dotknął swojej twarzy i stwierdził, że ludzkie rysy pozostały.

»Dlaczego zdradziłem?«

Nie zrobił tego przecież dla pieniędzy. To, co otrzymał, to nie pieniądze, lecz śmiech, symbol zdrady. »Coś za coś«. A pieniędzy, których nie można było się doliczyć w jego trzosie, tych powierzonych przez słuchaczy Jezusa, nie przywłaszczał sobie, tylko ukradkowo rozdawał je głodnym. »Nasyćcie się i idźcie słuchać Jezusa«. Zaspakajali głód i szli, bo mieli czas, czas wolności od ciała. Dzięki tym wsparciom sunęło za Jezusem coraz więcej śmiecia tego świata: chromych, złodziei, znajd i ulicznic. Szli słuchać, ukradkiem, z filuterną radością lub z nadzieją. Ale szli.

Judasz dawał głodnym chleb, bo nie potrafił ominąć łaknącego, coś go zatrzymywało. Kiedy miał coś przy sobie – dawał, choć wiedział, że to nie jego. Wierzył, że jeśli się coś ma, to to należy do wszystkich potrzebujących. Z powodu biednych sam zaczął żebrać. Pewnego dnia widziano go, jak ze łzami w oczach błagał o starą, wystrzępioną tunikę, mając na sobie nową szatę, którą kupiono mu ze wspólnych pieniędzy. Nie wiedziano, że w zaułku narzucił starą tunikę na siebie, a nową oddał pierwszemu z brzegu obdartusowi.

Szeptano miedzy sobą, że jest oszustem. Tylko Jezus, spostrzegłszy Judasza w starej tunice, uśmiechnął się tak, jak tylko on uśmiechać się potrafił w chwili radości – niebem. Trzos ciążył Judaszowi jak młyński kamień, można rzec, że ranił go. Prosił Judasz parę razy Jezusa, aby ktoś inny go nosił, przyjmował datki i robił zakupy, lecz za każdym razem otrzymywał odmowę: »Każdemu, co jego« – słyszał rzymskie porzekadło.

Nie brał sobie tych słów do serca, ale pewnego dnia, kiedy wracali do Jerozolimy, przypomniał je sobie, ukradkiem odwiązał trzos i odrzucił od siebie. I trzos wrócił. Grupa wiernych znalazła go i zwróciła. Naruszony w zasobach, ale powrócił. Judasz parokrotnie powtarzał czynność, lecz trzos wracał, raz naruszony, innym razem nietknięty, jednak wracał, jak ptak do gniazda. Zrozumiał, że trzos jest dla niego tym, czym było jarzmo dla Jeremiasza. Trzos przyrósł do jego imienia na zawsze.

»Zdradziłem«.

Ale czy musiał zdradzić? Jezus dał mu wolność, nauczył, jak być i czuć się wolnym, i jak myśleć sercem.

Czy zrobił to bezwiednie? Jezus zapowiadał swoją mękę i śmierć przy każdej nadarzającej się okazji. Przygotowywał uczniów na ten Wielki Dzień. A kiedy Piotr, zapamiętawszy się, zaprotestował, Jezus nazwał go szatanem. A Jezus bardzo rzadko, tylko w wyjątkowym stanie, wpadał w gniew. I chyba tylko Judasz zrozumiał sens posłania Jezusa. Mesjasz musi iść ścieżką JAHWE, a nie ludzkim traktem. »Jeśli Syn Boży zstąpił z niebios, aby umrzeć jako człowiek, to musi nastąpić kres śmierci, bo gdzie wstępuje JAHWE, tam wstępuje też życie« – tak myślał Judasz.

– Jak odchodzi człowiek, który wierzy w Ciebie? – zapytał kiedyś Jezusa na osobności.
– Czy pamiętasz przypowieść o ziarnie wrzuconym w glebę?
– A czy ty jesteś ziarnem?
– Ja jestem Życiem tego ziarna.
– To dlaczego musisz umrzeć w hańbie?
– Boisz się śmierci, bo nie wiesz, czym jest kres. Ja też się boję, choć wiem, że moja śmierć jest cudem.
– Cudem?

Tak, cudem. Nie rozumiesz tego, trudno ci to pojąć, dlatego zło ma dostęp do ciebie. Przyszedłem, aby wyprowadzić świat z obłędu, by zniszczyć obłęd.

– Wszystko jest dla mnie zrozumiałe od naszego pierwszego spotkania. Nie mogę tylko pojąć, dlaczego musisz być wydany i ponieść haniebną śmierć?
– Taki jest los Syna Bożego na tym świecie. Haniebna śmieć musi świadczyć o mnie. Mówię życiem i śmiercią będę mówił.
– Rozumiem, jesteś przecież Bogiem.
– To nie tak. Jestem człowiekiem do szpiku kości, synem człowieczym, który spełnia wolę Ojca. Mesjaszem zostanę przez Znak Jonasza, Cud pokonania śmierci.
– Ale dlaczego ja mam ciebie wydać?
– Kto ci o tym powiedział?
– Twoje świecące serce.
– A więc taka jest wola Ojca. Musisz ją spełnić jak ja, chociaż powiem, mówiąc prawdę, że człowiek, który mnie wyda, lepiej, żeby się nie urodził.
– A jeśli cię nie wydam?
– Przypomnij sobie Jeremiasza. Na co przydał się jego bunt? Poza tym tylko ty jeden widzisz moje świecące serce. Ty, a powinna też widzieć je Maria z Magdali. I tylko ty od razu pojąłeś moje posłanie.
– Czy to kara za to, że widzę twoje świecące serce?
– Nie wiem – odpowiedział Jezus. – To wie tylko Ojciec. Ja wypełniam Jego wolę.

Całość prozy w papierowym wydaniu "Wyspy".

Źródło "Wyspa" nr 10/2009
Komentarze czytelników
Dodaj własny komentarz
Brak komentarzy. Twój może być pierwszy!
Dodaj własny komentarz
Pola oznaczone (*) są wymagane.
Imie / pseudo *
Tytuł *
Adres email
Strona Web /
GG / Skype
Komentarz*
Wpisz Kod *
Dodaj
 
Kanał RSS
Najczęściej komentowane
1. Jacek Dehnel "Lala"
2. Wesołe chłopaki
3. Euforia
4. Bronisław Wildstein "Dolina nicości" - kontrrecenzja
5. Ogólnopolski konkurs na esej
6. Czesław Miłosz "Wiersze ostatnie"
7. "wyspa-Kwartalnik Literacki" nr 4/2009
8. Co w numerze?
9. Jeszcze raz w Radio Kampus
10. Kino Szpak z autografem
Strony partnerskie
Crass Zbuntowane Życie Penny Rimbaud
Melanże z żyletką
Najlepsze przewodniki
No Future Book Śmierć Książki
Notes Wydawniczy
Rynek Książki
Witold Horwath
Wydawnictwo Jirafa Roja
Wydawnictwo Primavera
Xenna Moja Miłość
 
Creative
Commons License Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne 2.5 Polska
Analiza oglšdalności witryny © 2007 Biblioteka Analiz Sp. z o.o.
Serwis optymalizowany do 800x600+ | IE/Mozilla FF | kodowanie iso-8859-2