I oto widzę kawałek skóry, pokrytej krótką aksamitną sierścią. Głaszczę tę sierść, czuję dotykiem ciepło i puls. Ta skóra ma kształt niewielkiej ryby, obłej, bez oczu, bez płetw, bez ogona. W dotyk wkładam całą swoją czułość. Wiem, że to on, nasz gniady koń, właściwie źrebak. Nie zjadły go wilki, nie wywieziono go do Włoch, nie porwali Cyganie. Po prostu przechciało mu się żyć, ale jeszcze jest żywy. Nie wygłupiaj się, koniku – mówię do niego. Najważniejsze teraz to go nakarmić. Prowadzę – niosę – go do ogródka. W altance jest jakaś kromka chleba z masłem i białym serem. Konie jedzą chleb, ale czy jedzą biały ser? Najpierw więc daję mu jabłko. Podsuwam mu je na otwartej dłoni. Koniku, gryź. Gryzie. Długo mu tłumaczę, jak bardzo nam na nim zależy, jak jest dla nas ważny.
On mówi, że przeprasza, że to się już nie powtórzy. Muszę cię teraz zostawić do jutra, mówię do niego. Wierzę mu i na dowód tego, wychodząc, nie zamykam altanki ani furtki do ogródka na klucz.
[12.09.2010] Otwarte okna
W Pałacu Czartoryskich trzydniowa międzynarodowa sesja, jest paru gości z Łotwy i Estonii. Tadeusz Pióro rozdaje Polakom nowy tomik Andrzeja Sosnowskiego, dziwię się, że już wyszedł i że taki cienki. Wypełnij to – mówi Tadeusz. To właściwie tylko okładki, na pierwszej stronie parę pustych rubryk, poczynając od: Imię i nazwisko autora. Rozumiem, że należy wpisać swoje własne. Niżej kilka testowych pytań. Co oznacza symbol „f”, jakie skutki pociąga za sobą zjedzenie śniadania w węgierskim zakładzie zbiorowego żywienia (to pytanie po węgiersku). Traci się miłość do Węgier – wpisuję, ale nie wiem, co oznacza to „f”. Kiedy pojawia się Andrzej, który nic nie wie o tym, że wyszła już jego książka, domyślam się, że każdy egzemplarz tego tomiku ma być inny, że to niespodzianka dla Andrzeja.
Na kolanach łotewskiego poety siedzi jakaś dziewczyna. Ta sama, która siedziała na ławce przed Pałacem, kiedy szedłem na sesję. Byłem przed czasem i przysiadłem na chwilę na tej ławce. Kiedy rozkładając gazetę, niechcący dotknąłem ją łokciem, zareagowała słowami: „Czy wie pan, że istnieje słowo «nie»? Gdy Łotysz kładzie dłoń na jej udzie, pyta takim samym napuszonym tonem: „Nie za szybko?”.
Skoro jestem blisko, wykorzystuję jakąś przerwę, żeby zajrzeć do domu przy Skowieszyńskiej. Od śmierci dziadków i chwili, gdy ciotka Marysia przeprowadziła się do bloku, stoi pusty. Dziwią mnie otwarte okna w kuchni i pokoju. Drzwi też nie są zamknięte na klucz. Wchodzę. W środku urzędują jak u siebie dwie stare kobiety i mężczyzna w średnim wieku. Okazuje się, że to jakieś moje krewne czy powinowate, chcą, żebym coś napisał, jakieś urzędowe pismo do IPN-u, może do sądu, które ma jakiś związek z represjami na kresach wschodnich, próbą uzyskania odszkodowań. Podobno pisały do mnie, nie odpowiedziałem, więc przyjechały. Mężczyzna jest ich prawnikiem. Antypatyczny, jak dziewczyna z ławki, i dużo bardziej agresywny. Nie przyjmuje do wiadomości, że to pismo powinien napisać on, ignoruje moje słowa, że nie dostałem żadnej korespondencji związanej ze sprawą. Narasta we mnie bezsilna furia, głównie na niego, bo te anonimowe cioteczne czy stryjeczne ciotki, uśmiechające się jak rośliny, budzą we mnie wyrozumiałość. Ciche i głupie, i z osteoporozą, bo jedna z nich się przewraca, łamie rękę, lecz znosi ból z pokorą. Nie mam żadnego dowodu, że nie dostałem listu. To pan powinien napisać to pismo – powtarzam i ironizując dorzucam: – No chyba, że nie jest pan pewny swoich umiejętności stylistycznych. Twarz mężczyzny się wypogadza. Chce, żebym przeczytał to jego pismo i je poprawił. – Tyle mogę dla pana, a właściwie ciotek zrobić – mówię. – Nie mógł pan powiedzieć od razu?
Więcej w Wyspie - numer 3/2011 |